fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Ostatni szczyt Donalda Tuska

Jean-Claude Juncker i Donald Tusk po szczycie UE
AFP
UE nie zaprosiła Macedonii Północnej i Albanii do rozpoczęcia negocjacji akcesyjnych. Tusk: to błąd.

Korespondencja z Brukseli

To był ostatni szczyt UE, którego gospodarzem był Polak. Donald Tusk 30 listopada kończy pięcioletnią kadencję na stanowisku przewodniczącego Rady Europejskiej, a kolejny szczyt planowany jest dopiero na grudzień. Wtedy szefem RE będzie obecny premier Belgii Charles Michel. Tusk może mówić o dużym sukcesie, bo wynegocjowano porozumienie o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. I o porażce, bo UE, umniejszając się o jedno państwo, jednocześnie pokazuje, że jest zamknięta na kolejne. Tak można odczytać brak decyzji o rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z Macedonią Północną i Albanią. – To był błąd. Nie rezygnujcie. Rozumiem waszą frustrację, ale UE to skomplikowany podmiot. Jestem pewien, że pewnego dnia zostaniecie członkami Unii – powiedział Tusk. I podkreślił, że tych krajów nie można o nic obwiniać, bo wykonały zalecone im reformy, głównie sądownictwa. Poza tym Macedonia Północna doszła do bardzo trudnego porozumienia z Grecją i zgodziła się na zmianę nazwy, co miało być ostatnią przeszkodą na drodze do otwarcia negocjacji.

– Mają prawo poprosić o rozpoczęcie negocjacji już dzisiaj. Są gotowe. Niestety, kilka państw UE nie jest – powiedział szef RE. Te kilka państw to Francja, Dania i Holandia. Paryż postawił weto, bo w ogóle chce na razie powstrzymania procesu rozszerzenia i przemyślenia, jak powinien on wyglądać. Dla większości krajów to geopolityczny błąd, bo nie uwzględnia interesów strategicznych UE i faktu, że Bałkany Zachodnie są areną walki o wpływy między UE, Rosją, Turcją, a nawet Chinami. – Mamy do czynienia z kryzysem w rozumieniu europejskości. Tego, jak ważne ze strategicznego punktu widzenia jest rozszerzenie ze względu na bezpieczeństwo naszych zewnętrznych granic – mówił premier Mateusz Morawiecki, wskazując na „kilka bogatych państw Europy Zachodniej”. One jednak też miały swoje argumenty. Francja nigdy nie była przychylna rozszerzaniu UE, ale teraz ma dodatkowe argumenty. Przede wszystkim brak zgody na pogłębianie integracji UE czy na większy unijny budżet. – Niektóre państwa chcą budżetu UE na poziomie 1 proc. dochodu narodowego brutto i jednocześnie większej Unii – mówił Macron, czyniąc aluzję do Niemiec. Macron nie przyjmował argumentów swoich przeciwników, że rozpoczęcie negocjacji to przecież nie wejście do UE, a samo członkostwo jest odległą perspektywą. Nieco inne były motywacje Danii i Holandii. Co prawda u źródeł ich sceptycyzmu też leżą polityka wewnętrzna i niechęć społeczna do rozszerzenia, ale one przyjmują argument, że negocjacje to jeszcze nie członkostwo. Uważają jednak, że Albania nie spełniła warunków dotyczących praworządności, i gotowe były poprzeć negocjacje z samą Macedonią Północną. Tego jednak nie chciało kilka innych krajów UE, w tym Niemcy. Jak argumentowała Angela Merkel, choćby dlatego, że w Macedonii Północnej mieszka znacząca społeczność etnicznych Albańczyków. Zresztą rozdzielenie tej dwójki i tak nie przekonałoby Macrona, a w tej dziedzinie wymagana jest jednomyślność. Przywódcy uznali, że do sprawy wrócą jeszcze przed majem 2020 roku, na kiedy zaplanowany jest w Zagrzebiu szczyt UE–Bałkany Zachodnie.

Przeczytaj też: Brexit jeszcze nigdy nie był tak blisko

Przywołany przez francuskiego prezydenta argument budżetowy również był przedmiotem rozmów przywódców unijnego szczytu, ale jeszcze nie na tak gorącym etapie. Kierująca pracami UE Finlandia poważnie potraktowała wezwanie unijnego szczytu z czerwca o dokończenie w tym roku negocjowania budżetu UE na lata 2021–2027 i dlatego przygotowała propozycję przedziału wydatków od 1,03 do 1,08 proc. dochodu narodowego brutto, w ramach którego przywódcy mieliby znaleźć możliwy do zaakceptowania poziom. Spotkało się to z krytyką wszystkich. Polska i inne kraju naszego regionu, czyli biorcy netto, są niezadowolone, że Finlandia chce ograniczenia propozycji Komisji Europejskiej opiewającej na 1,11 proc. DNB, która i tak oznacza dla Polski wiele miliardów euro mniej niż w obecnym budżecie 2014–2020. Z drugiej strony główni dawcy netto, jak Niemcy, Holandia, Szwecja, Austria, Irlandia i Dania, mają pretensje, że budżet jest zbyt duży. One chciałyby maksimum 1 proc., a nawet 0,97 proc. DNB. To i tak oznacza zwiększenie ich składek, bo z UE wychodzi jedno z najbogatszych państw – Wielka Brytania – i inne będą musiały uzupełnić lukę tym spowodowaną.

Polska jako jeden z głównych beneficjentów chce oczywiście większych funduszy. – Ci, co mówią, że im się należy, ale niespecjalnie się przykładają do pracy, dostają mniej – powiedział Tusk polskim dziennikarzom.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA