fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o historii

Historia przestępczości: Szpicbródka i uniwersytet złodziei w Odessie

wikimedia commos
U schyłku Imperium Rosyjskiego w Odessie funkcjonowała słynna na całą Europę, choć tajna, szkoła złodziejskich elit. Jednym z jej wychowanków był słynny „Szpicbródka”, który potem oddał swoje usługi służbom specjalnym i armii generała Andersa.

Absolwenci uzyskiwali miano „kasiarza”, czyli złodziejskiego mistrza. Wszystko oczywiście nieoficjalnie, bowiem tajne szkoły nie wydawały żadnych dyplomów, a ich „absolwent” mógł wejść do elitarnego, przestępczego grona tylko po zaliczeniu zajęć teoretycznych i praktycznych i po decyzji złodziejskiego grona o przyjęciu go. Mimo tej tajności, opracowano sposób na to, aby weryfikować tych, którzy chcieliby bez „uprawnień” posługiwać się „tytułem” kasiarza.

A zatem każdy, kto chciałby tak się określać, w razie wątpliwości musiał wskazać osoby udzielające mu rekomendacji. Protektorami mogli być tylko albo nauczyciele złodziejskiego fachu, albo inni przyjęci do grona. W przestępczym półświatku weryfikacja tych informacji trwała krótko. Kto posługiwałby się tytułem „kasiarza” bez uprawnień, ryzykował śmiercią.

Złodziejska elita nie chciała, aby na związki z nią powoływał się ktokolwiek nieuprawniony. Aby zostać kasiarzem, czyli złodziejem najwyższego stopnia wtajemniczenia, trzeba było znać podstawy chemii, matematyki i kryminalistyki.

Mekka przestępców

Historia złodziejskiej akademii ma swój prapoczątek w roku 1789. Znajdująca się nad Morzem Czarnym twierdza turecka Chadżybej została zdobyta przez oddział kozaków służących Rosji. Pięć lat później rozpoczęła się dynamiczna rozbudowa miasta, które nazwano Odessą. Gubernatorem miasta został francuski hrabia Armand Emmanuel du Plessis – przeciwnik rewolucji francuskiej. Dostojnik wybudował nowoczesny port, który szybko stał się głównym miejscem obsługi morskiego handlu zagranicznego. Port zagwarantował rocznie ponad 40 milionów rubli wpływu z ceł do cesarskiego skarbu. W połowie XIX wieku Odessa liczyła już 100 tysięcy mieszkańców i stała się czwartym co do wielkości miastem Rosji po Petersburgu, Moskwie i Warszawie.

W komedii „Hallo Szpicbródka, czyli ostatni występ króla kasiarzy” z 1978 r. w rolę Stanisława Cichockiego wcielił się Piotr Fronczewski
pap/witold rozmysłowicz

Dynamicznie rozwijające się miasto szybko stało się mekką rosyjskiej przestępczości. W dzielnicy portowej jak grzyby po deszczu wyrosły przybytki uciech cielesnych dla marynarzy. Zarabiali na nich milczący, brutalni przestępcy zapewniający „ochronę” tych miejsc. Równolegle pojawili się złodzieje: kieszonkowcy i zwykli rabusie czyhający na majątki bogatych kupców, kidnaperzy porywający dla okupu ich dzieci. Rosnąca przestępczość wymusiła potrzebę ochrony pieniędzy i kosztowności. Pojawiły się więc drogie, niemieckie kasy pancerne ze skomplikowanymi systemami zabezpieczeń. A to z kolei stworzyło zapotrzebowanie na specjalistów od łamania tych systemów. To właśnie dla ich szkolenia otwarto nieformalną odeską szkołę kasiarzy.

Układ z ochraną

Oczywiście złodziejska akademia nie miała swojej oficjalnej siedziby. Trudno sobie wyobrazić, aby w wielkim mieście legalnie działała organizacja nie tylko namawiająca do łamania prawa, ale ucząca swoich słuchaczy, jak robić to profesjonalnie. W podziemiach jednej z kamienic na małe sale wykładowe zaadoptowano kilka pomieszczeń. W każdej mogło jednorazowo przebywać do dziesięciu osób. Była też tablica dla prowadzącego wykład. W najważniejszej, choć najmniejszej, sali przechowywano główny eksponat: kasę pancerną produkcji niemieckiej – taką, jakiej używały ówczesne banki, aby bezpiecznie przechowywać pieniądze, drogie kamienie i złoto. Egzamin polegał na tym, żeby w określonym czasie pokonać zabezpieczenia i otworzyć kasę.

W 1905 roku ochrana aresztowała przestępcę podejrzewanego o próbę zamordowania odeskiego przedsiębiorcy. Zatrzymano go na miejscu zbrodni, a oskarżenie opierało się na zeznaniach licznych świadków. Mężczyźnie groziła kara śmierci. Aby jej uniknąć, 40-letni zbrodniarz zawarł tajne porozumienie z carską policją: otrzyma łagodną karę (kilka lat zesłania na Syberię), ale w zamian zostanie jej informatorem w odeskim półświatku i ujawni wszystko, co wie. Propozycja została przyjęta. Przestępca uczęszczał na wykłady do nieformalnej szkoły kasiarzy i mógł ujawnić wszystko, czego się dowiedział. Dokumenty ochrany sporządzane od 1905 r. są dziś głównym źródłem wiedzy na temat przestępczej, nieformalnej akademii.

Tajne wykłady dla wybranych

Wykłady w szkole kasiarzy trwały od kilku do kilkunastu tygodni. Ich głównym celem było opanowanie sztuki włamywania się do sejfów i kas pancernych. „Absolwent”, który już uzyskał tytuł kasiarza, musiał być w stanie pokonać każdy zamek i włamać się do każdej kasy pancernej. Kursant musiał zaliczyć liczne przedmioty: głównie mechanikę i matematykę, które uczyły go rozumieć zasady funkcjonowania systemów zabezpieczających i szyfrów. Do tego dochodziły podstawy fizyki i chemii. Wiedzę z tych przedmiotów wykorzystywano później, planując m.in. podziemne podkopy do bankowych skarbców. Złodzieje uczyli się jak głęboko planować podziemny tunel, a także jaka gleba i kiedy najbardziej sprzyja włamaniu. Uczono też podstaw daktyloskopii. Ta dziedzina nauki zajmująca się badaniem odcisków palców zaczęła rozwijać się na początku XX wieku. To wówczas wymyślono argentorat – specjalny proszek aluminiowy, który reaguje na miejsca pokryte warstwą potowo-tłuszczową pozostawioną przez palce włamywacza. Ówczesna technika nie pozwalała jeszcze zidentyfikować osoby na podstawie pozostawionych przez nią odcisków palców. Pozwalała jednak wskazać te miejsca, których przestępca dotykał. Kasiarz, dysponując argentoratem, mógł nim posypać klawisze cyfrowe na kasie pancernej i wówczas się dowiadywał, których klawiszy używano jako kodu. To zawężało liczbę kombinacji szyfru do złamania.

Aby rozpocząć naukę w szkole kasiarzy, trzeba było mieć pieniądze i znajomości. Bandyckie wykształcenie kosztowało nawet 100 tysięcy rubli – sumę ogromną jak na tamte czasy. Dobrze wykształcony rzemieślnik mógł miesięcznie zarobić 40–50 rubli. Na naukę stać więc tych, którzy wywodzili się z dobrych, bardzo majętnych rodzin albo ze środowisk przestępczych i pieniądze zdobyli w napadach. Znane są też przypadki, gdy naukę swoim agentom sfinansowała ochrana, aby dzięki temu zdobyć wiedzę o półświatku. Jednak pieniądze nie wystarczyły – trzeba było zdobyć poparcie osoby zaufanej, wywodzącej się z elity przestępczej, która wprowadzała adepta do akademii. Chodziło o to, aby stworzyć system prawdziwie elitarny. Co roku złodziejską akademię kończyło najwyżej kilkadziesiąt osób.

Kandydatów na złodziejskich mistrzów uczono nie tylko rzemiosła, lecz również technik bezpieczeństwa. Chodziło o to, jak nie wpaść w ręce policji, a jeśli już wpadka się zdarzy, to w jaki sposób wytargować dla siebie jak najłagodniejszy wyrok. Pierwsza zasada mówiła: „Nigdy nie przyznawaj się do niczego”. Druga: „Nawet jeśli złapią cię za rękę, mów, że nie twoja ręka”. Uczono, aby każdy „skok” długo planować, w najdrobniejszych szczegółach. Należało poznać systemy bezpieczeństwa, w tym to kto, kiedy i w jaki sposób pilnuje skarbca, czy strażnicy się zmieniają i kiedy. Słuchacz dowiadywał się również, że włamania należało przeprowadzać po charakteryzacji: sztuczna broda, wąsy, peruka oraz dodatkowo grube, czarne ubranie i gumowe rękawiczki. Wszystko po to, aby pozostać nierozpoznanym przez przypadkowych świadków. Sztuka napadów wymagała też, aby po włamaniu do drzwi banku zostawić kogoś na czatach. W czasie, gdy kasiarz dobierał się do sejfów, jego wspólnik miał pilnować, czy na miejscu nie pojawia się patrol policji i w razie czego zaalarmować. Czatujący miał w umiejętny sposób odwrócić uwagę stróżów prawa, np. zaalarmować ich o innym, nieistniejącym przestępstwie, byle odciągnąć ich od banku, w którym działał kasiarz.

Nawet najbardziej profesjonalny złodziej musiał liczyć się z tym, że kiedyś może wpaść. Dlatego w Odessie opracowano też sposób na unikanie kar lub łagodzenie ich. Kasiarz powinien zdobyć informację o sprawcy innego, poważnego przestępstwa: np. gwałtu, napadu, rozboju lub zabójstwa. I w razie czego „przehandlować” tę wiedzę za łagodniejszy wyrok za napad na bank. Jednak tutaj obowiązywała żelazna zasada: kasiarz mógł sypnąć kogo chciał, z wyjątkiem innego kasiarza. Złamanie tej reguły mogło grozić wyrokiem śmierci wydanym przez elitarne bractwo. Skąd kasiarz miał mieć wiedzę o innym przestępstwie? To jego sprawa – mógł za nią zapłacić lub po prostu się dowiedzieć, obracając się w półświatku.

Nieformalni absolwenci odeskiej szkoły rzeczywiście stanowili elitę złodziei. Nie zajmowali się drobnymi kradzieżami, nie wchodzili w paradę doliniarzom, czyli kieszonkowcom. Oni byli od spraw najtrudniejszych: ograbiania skarbców i sejfów bankowych oraz kas pancernych. Mówiono, że każdy kasiarz może zostać złodziejem, ale nie każdy złodziej może zostać kasiarzem. Elitarni przestępcy cenili sobie również dobre towarzystwo: artystyczną, wojskową i polityczną śmietankę wielkich miast. Uczono ich, że kontakty z wpływowymi osobami nie tylko dają im możliwości, lecz również stanowią okazję, aby poznać najbogatsze osoby i później zdobyć wiedzę umożliwiającą okradzenie ich. Aby skuteczniej wejść na salony, pieniądze zdobywane w napadach, inwestowali w legalne przedsięwzięcia: sklepy czy drobne fabryki (pojęcie prania brudnych pieniędzy wówczas nie obowiązywało). Sylwetkę jednego z „kasiarzy” tak opisał przedwojenny dziennikarz Aleksander Wat: „Król włamywaczy polskich”, piękny mężczyzna lat koło czterdziestu, mówił ślicznie po francusku, pięknie po włosku i chyba bardzo dobrze po angielsku, o manierach arystokraty, o głosie miłym, wyjątkowo bogatym w timbre, o bardzo subtelnym sposobie opowiadania. Był po jakimś bardzo wielki wpadunku, miał być rabunek na wielką skalę, wynajęli olbrzymie apartamenty w sąsiednim domu i zrobili przekop. Król włamywaczy polskich, a zatem i europejskich – bo polscy włamywacze byli uważani w tym czasie za najlepszych w Europie. Potem, gdy wyszedłem z widzenia i spotkałem jakiegoś znajomego MSZ-towca powiedziałem mu: Wie pan, że powinniście jednak wysłać go na jakąś dobrą placówkę, dobrego ambasadora. Mogę go wam polecieć, to człowiek o absolutnie nieskazitelnych manierach, bardzo inteligentny, niezwykle ujmujący – Szpicbródka”.

Od kasiarza do szpiega

Człowiek, którego opisywał Wat, naprawdę nazywał się Stanisław Cichocki, ale używał różnych nazwisk. Znany był z zamiłowania do wytwornego życia, arystokratycznych manier i wielkich pieniędzy. Nie wiadomo było skąd pochodził, bo on sam różnie o tym mówił. Wiadomo, że na początku XX wieku wykształcił się w szkole kasiarzy w Odessie, szybko zajął się złodziejskim fachem. Wiadomo to z akt procesu sądowego, który w 1904 roku odbył się w Kijowie. Na ławie oskarżonych posadzono czterech sprawców napadu na lokalny oddział Banku Moskiewskiego. Wśród nich był właśnie Cichocki. Skazano go na dziesięć lat kolonii karnej i wywieziono na Syberię. Całego wyroku nie odbył, bo przed I wojną światową pojawił się na ziemiach polskich. Dlaczego zwolniono go wcześniej? Prawdopodobnie zawarł nieformalne porozumienie z ochraną i w zamian za wcześniejsze zwolnienie zgodził się wziąć udział we włamaniach do banków niemieckich, a potem do ich kas pancernych z tajnymi dokumentami. W 1919 roku, pojawił się nagle w Odessie, gdzie formowano polski oddział wojskowy. Mówił, że jest przedsiębiorcą, zrobił wielki majątek jako właściciel kopalni surowców na Syberii, ale rewolucja bolszewicka zniszczyła jego sukcesy i on chciałby pieniędzmi wesprzeć tych, którzy zbrojnie walczą z czerwonymi. Zdemaskowano go jako oszusta i musiał uciekać. Na krótko znowu trafił do więzienia. Prawdopodobnie wyszedł, bo zgodził się na współpracę z Czeka – tajną policją bolszewicką, która musiała zdobywać pieniądze na utrzymanie komunistycznej władzy, a więc potrzebowała specjalistów od włamywania się do kas.

Wkrótce potem Cichocki pojawił się na warszawskich salonach. Przedstawiał się jako bogaty kupiec, który zbił majątek na handlu futrami i cygarami, a zarobione tam pieniądze zainwestował w bankrutujący teatrzyk w centrum Warszawy. Przezywano go „Szpicbródką” od charakterystycznej, szpiczastej brody. Po raz pierwszy „Szpicbródka” trafił na łamy prasy w 1921 roku w związku ze sprawą, która w stolicy niepodległej Polski wywołała konsternację. Prasa pisała, iż „niejaki Cichocki z niejakim Brockim” włamali się do Kasy Przemysłowców Polskich, aby ukraść 15 milionów marek. Potrzebowali trochę czasu na pokonanie zamków blokujących sejfy bankowe. Nie zdążyli nic ukraść, bo wspólnik „Szpicbródki” – wątpliwej reputacji przedsiębiorca i cinkciarz nazwiskiem Walenty Sieczka – który miał stać na czatach i pilnować czy w pobliżu nie kręci się policja, przestraszył się konsekwencji i nie tylko uciekł, ale popędził nawet na komisariat, aby zawiadomić policję. Mozolną pracę „Szpicbródki” i jego kompana przy bankowych zabezpieczeniach przerwało wejście funkcjonariuszy. Po krótkim procesie Cichocki i jego wspólnik zostali skazani na cztery lata więzienia.

Po wyjściu na wolność Cichocki znowu rozpoczął serię napadów na banki w Warszawie i Częstochowie. Dowodem jego profesjonalizmu jest raport Henryka Langego, szefa warszawskiego Wydziału Śledczego. Lange był pierwszą osobą, która przyjechała do obrabowanego banku na ulicy Niecałej. W skarbcu bankowym odkrył dziurę w podłodze, zamaskowaną deskami, która była wejściem do tunelu, którym wyniesiono gotówkę i złoto. Tunel prowadził do sklepu po przeciwnej stronie ulicy. Jego właścicielem był od niedawna „Szpicbródka”. Król kasiarzy przekopał tunel podziemny i jednej nocy włamał się do banku, rabując wszystko. Znowu na kilka lat powędrował za kratki, ale zdobycz skutecznie ukrył przed śledczymi.

Po kolejnym wyjściu z więzienia, nadal planował skoki. Jednak wybuch wojny zastał go we wschodniej Polsce. Wkrótce wpadł w ręce NKWD i został wywieziony do ZSRR, jak setki tysięcy innych Polaków. Ze Związku Sowieckiego wyszedł wraz z armią Andersa, z którą przeszedł cały szlak bojowy. Czy przeżył ze względu na dawne związki z sowieckimi służbami? Jest to wielce prawdopodobne. Już w latach 30., relacjonując jego proces za napad na banki, dziennikarz „Tajnego Detektywa” twierdził, że „Szpicbródka” jest agentem GPU (sowieckiego wywiadu, następcy Czeka). Wskazywać na to może fakt, że po wojnie zdecydował się wrócić do Polski, co dla weterana armii Andersa było bardzo ryzykowne. Zmarł po wojnie w Warszawie, w zupełnym zapomnieniu, a swoje tajemnice zabrał do grobu.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA