fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Piotr Zaremba: Kompromis z Unią wciąż jest możliwy

reporter
Rząd nie ukrywał, że przebudowa sądownictwa ma być przeciw komuś. Nadawano jej rewolucyjną postać. Można to było robić inaczej. A jeśli wybrano taką drogę, trzeba się liczyć z ryzykiem kontrakcji. Jest nią konstrukcja unijnego budżetu, a polskie weto drogą na rafę. Ale czasem trzeba ryzykować.

Ten sondaż może dziwić. Niemal 60 proc. Polaków pytanych przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej" nie godzi się na to, by to inne kraje decydowały, czy Polska jest praworządna, czy też nie. Pomimo licznych porażek PiS, przy masowym niezadowoleniu z werdyktu aborcyjnego Trybunału Konstytucyjnego i przy napięciach i frustracjach społecznych związanych z pandemią.




Co na to Polacy

Już przy wcześniejszym podobnym sondażu dla „DGP" i RMF FM posypały się interpretacje przeciwników tego rządu, z „Gazetą Wyborczą" na czele, że dwa kolejne pytania są źle sformułowane. Polacy mieli zrozumieć, że wetując, rząd wybroni dla nich budżetowe pieniądze, tymczasem ma być na odwrót.

Możliwe, że ktoś coś źle zrozumiał. Nie jest łatwo pytać przejrzyście o tak skomplikowane decyzje i ich konsekwencje. Ale sugestia, że trzy różne liberalne media mogły ustawić dwa kolejne sondaże pod rządzących, jest absurdalna.

Odpowiedź ankietowanych wydaje mi się zgodna z tym, co wiemy o poglądach Polaków z ostatnich lat. Są oni za przynależnością do Unii, i to znaczącą większością, ale równie chętnie mówią „nie" nadmiernemu naginaniu się do rozmaitych euroentuzjastycznych tez i konieczności. Dowodem jest wielokrotne odrzucanie przez nich wprowadzenia euro. Pomimo argumentów środowisk liberalnych i lewicowych, że utoruje to polskim władzom drogę do współuczestnictwa w kluczowych europejskich decyzjach, wybieramy konkret. Wystarczy brak pewności, czy dziś euro nam się opłaci.

Możliwe, że spadająca popularność PiS i rządu tego kierunku myślenia jednak nie podważyła. Że wielu Polaków jest bardziej skłonnych do rozdzielania tego, co po stronie rządowej złe, od tego, co warte poparcia, niż opozycyjne środowiska. Te rzuciły się na ten temat jako kolejny z wielu mających być gwoździem do trumny Jarosława Kaczyńskiego.

Rozporządzenie nie tak demoniczne

Innym pytaniem jest ocena faktycznego zagrożenia kryjącego się w tym konkretnym unijnym rozporządzeniu. Mało kto je czytał. Zbigniew Ziobro nie mówi prawdy, twierdząc, że zapisane jest w nim narzucanie unijnej woli w każdej sprawie dotyczącej polityki wewnętrznej, więc np. prawnego statusu związków LGBT. Tak samo lewicowa posłanka Sylwia Spurek, kiedy cieszy się, że na podstawie praworządnościowej klauzuli Unia narzuci Polsce aborcję na życzenie. Te interpretacje nawzajem się nakręcają. Kolejna ideologiczna wojna gotowa.

Owszem, rozporządzenie w długim i bombastycznym uzasadnieniu daje państwom unijnym rozliczne zalecenia dotyczące pojęcia „państwo prawne". Są one w większości publicystyką. Bo jak np. osądzać, które państwa mają „pluralistyczny proces stanowienia prawa"? Owszem, domyślamy się intencji, ale jej ujęcie w suche formułki, choćby sędziowskiego orzeczenia, byłoby trudne. Natomiast cztery zasadnicze artykuły, acz niewolne od niejasności, są konkretniejsze.

Opisuje się w nich wymogi pozwalające uznać, czy mamy do czynienia z „państwem prawnym", które może dostać unijne pieniądze z kolejnego siedmioletniego budżetu i z funduszu walki z Covid-19. Są one w większości związane z korzystaniem z tych środków.

Mówi się między innymi o: funkcjonowaniu organów wykonujących budżet Unii, funkcjonowaniu organów kontroli finansowej (np. NIK), funkcjonowaniu służb dochodzeniowo-śledczych i prokuratury w związku z nadużyciami finansowymi i korupcją. Zdradliwy jest jeden punkt. Skuteczna kontrola sądowa ma być sprawowana przez „niezawisłe sądy". To także pojawia się w tekście „w związku z poprzednimi punktami". Czyli poziom sądowej niezawisłości powinien być badany tylko wtedy, kiedy sądy nie radzą sobie w walce z korupcją czy nieprawidłowościami. Ale oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by Komisja Europejska oceniła, że sądy nie są niezawisłe, w związku z dowolnym sporem dotyczącym finansów.

Awantura o pakiet Ziobry

Nie wszystkie polskie sprawy są więc oddawane Unii Europejskiej, lecz co najwyżej ocena stanu sądownictwa. To znamienne, że nie prostują tego ani politycy prawicy, którzy rozporządzenie odrzucają, ani liberalna i lewicowa opozycja, której wygodniej jest prowokować prawicę taką apokaliptyczną wizją. Tym samym pośrednio podpisuje się ona pod modelem omnipotentnej, federalnej Unii z wyobrażeń posłanki Spurek, ale cóż to szkodzi? Wszystko jest tu przecież amunicją w rozgrywce z rządzącymi. Ci z kolei coraz chętniej pogrążają się w gorączce „obrońców niepodległości".

Cała awantura jawi się jako pochodna pakietu reform sądowych Zbigniewa Ziobry, wymyślonego tak naprawdę przez prezesa Kaczyńskiego. Można do woli szukać analogii poszczególnych jej fragmentów z przepisami i zwyczajami innych państw. Możliwe, że upolitycznionego mianowania niemieckich sędziów w Unii się nie zauważa (bo są tam osłaniane konsensusem głównych partii), a pisowską Polskę osądza z całą bezwzględnością.

Ale również o ten brak konsensusu chodzi. W Polsce nie ukrywano, że przebudowa sądownictwa ma być przeciw komuś. Nadawano jej rewolucyjną postać, także w oficjalnych uzasadnieniach. Trzeba to było robić inaczej. A jeśli wybrano taką drogę, to z ryzykiem kontrakcji. Można by powiedzieć: sam tego chciałeś, Grzegorzu Dyndało. Chociaż...

Czy mamy stuprocentową pewność, że podobny zapis nie pojawiłby się przy innej okazji? Zapowiadający weto Viktor Orbán zdążył powiedzieć, że chodzi w istocie o ukaranie Polski i Węgier za stosunek do masowej imigracji i do unijnej polityki w tej sferze. Nic w tym rozporządzeniu na to nie wskazuje. Ale możliwe, że premierowi Węgier chodzi o coś innego.

Unia, czyli wielbłąd w namiocie

Pewien konserwatywny senator amerykański użył w latach 50. wieku XX znamiennego arabskiego przysłowia, chcąc zilustrować problem rozrastających się uprawnień rządu federalnego USA. „Jeśli wielbłąd wsadzi do namiotu pysk, wsadzi też resztę". Nie chodzi o to, czy ów polityk miał rację, opierając się centralizacji, lecz o logikę samego mechanizmu. Jest prawdą, że ciężko wywieść z unijnych traktatów prawo do korygowania jakiegokolwiek modelu sądownictwa. Można się powoływać na ogólne zasady, na których Unię ufundowano, ale nadal jest rzeczą zdradliwą – dowodził tego premier Słowenii – pozwalać na ingerencję czysto politycznej większości państw, nawet kwalifikowanej, w czyjekolwiek sprawy wewnętrzne. Co więcej, nie mamy gwarancji, że unijne instytucje nie znajdą kolejnych wytrychów do kolejnych obszarów rzeczywistości. Jeśli tak, potrzebna jest dogłębna debata i jednomyślna zgoda, bo wchodziliśmy do całkiem innej Unii.

Tymczasem jednomyślnie zatwierdzane są budżet i covidowy program pomocy, ale nie samo rozporządzenie. Trudno się więc dziwić, że na stole pojawia się pomysł obstrukcji niejako zastępczej. To zbyt ważna zmiana ustrojowa, aby dopisywać ją niejako przy okazji i poniekąd szantażem – jeśli się nie zgodzicie, nie dostaniecie pieniędzy. Argumentacja unijnych polityków, zwłaszcza z Parlamentu Europejskiego, że jak ktoś jest niewinny, nie ma się czego obawiać, nie dotyka sedna sporu. Jeszcze mocniej, całkiem bezrefleksyjnie, uderzają w te tony liderzy polskiej opozycji.

Co powiedziawszy, spróbuję jednak dowieść, że to weto jest miną czy rafą. Na pewno czasem trzeba ryzykować, filozofia ustawicznego dziękowania Unii za dobrodziejstwa donikąd nie prowadzi. Warto brać ewentualne zderzenie z rafą pod uwagę. Ale niekoniecznie przeć do niego do końca. Z paru powodów.

Konsekwencje weta

Nie wiemy do końca, co by się stało, gdyby unijny budżet został ostatecznie zawetowany. Przekonanie, że prowizorium byłoby dla Polski równie korzystne, a nawet korzystniejsze, niż siedmioletnia perspektywa wydatków, to iluzja. Nie poczulibyśmy różnicy być może tylko w pierwszych latach. Potem wiele nowych projektów byłoby dla Polski zamrożonych. Na dokładkę nie zostałoby zablokowane samo rozporządzenie, możliwe, że do zastosowania także w przypadku prowizorium. Dla Polaków byłaby to więc ciężka próba.

Nie wiemy, co stałoby się z funduszem pożyczkowym przeznaczonym do walki ze skutkami pandemii. Niekoniecznie łatwo powstałaby w jego miejsce instytucja międzyrządowa, bo wtedy spłata długów ciążyłaby na rządach, a nie na Komisji Europejskiej. Ale utrącenie mechanizmu wspierania się w obliczu kataklizmu to także nie jest dobra wiadomość dla Polski.

A dla Zjednoczonej Prawicy? Scharakteryzowałem już podejście Polaków do kwestii starć z brukselską machiną. Ale pomijając już pytanie, czy wszyscy dobrze zrozumieli sens weta, nie można gwarantować, że to podejście by się utrzymało. Rozczarowanie tym obozem wbrew oczekiwaniom opozycji jeszcze definitywnie nie nastąpiło. To tylko kolejne okładki „Newsweeka" wieszczą ostateczny kres. Ale nie da się wykluczyć bolesnej reakcji. I przypływu cielęcego euroentuzjazmu. Tak jak nieprzemyślany, wrzucony w środek pandemii cios w aborcyjny „kompromis" przyniósł erupcję cielęcego antyklerykalizmu.

Jest wreszcie pytanie, jak rzeczywistość po wecie wpłynęłaby na sam kształt obozu rządowego. Na razie ekspansja argumentów i wpływów Zbigniewa Ziobry przynosi ostrożne oswajanie z myślą o ewentualnym polexicie. Spójnego scenariusza nie ma, ale jest dynamika sytuacji. Polaryzacja po linii stosunku do Unii była już podsuwana kilka razy – a to przez środowisko Solidarnej Polski, a to przez opozycję wpychającą polexit rządzącym w brzuch. Tym razem jest bardziej wyrazista niż kiedykolwiek.

Oswajanie z polexitem rozpoczęte

Tygodnik „Do Rzeczy" polexitową okładką postawił już sprawę otwarcie. Nie jest on typowym medium reprezentującym opinie PiS. Balansuje między Konfederacją, Solidarną Polską a nawet Porozumieniem Gowina. To jednak nie powinno uspokajać.

Politycy Solidarnej Polski parę razy bąknęli, żeby nie przeceniać europejskich środków. Naczelny „Do Rzeczy" Paweł Lisicki podjął się za to przekonywania, że nie czekają nas po ewentualnym zerwaniu z UE poważniejsze konsekwencje. W szczególności ta sprawa nie jest jego zdaniem żadną korzyścią dla Rosji. Można wzruszyć ramionami, kiedy Tomasz Lis mnoży obelgi typu „ruskie pachołki". Ale pytanie do redaktora Lisickiego: to w imię czego Putin z taką konsekwencją finansuje i wspiera formacje eurosceptyczne w zachodniej Europie? Dlaczego słabość Unii jest mu na rękę?

Może sobie ogłaszać Rafał Ziemkiewicz, że „kto chce pokoju, ten musi przygotowywać się do wojny". Jak rozumiem, według Ziemkiewicza Polska będzie silniejsza, kiedy zacznie przynajmniej imitować zamiar wyprowadzki z Unii. Wątek rozważania rozwodu ten publicysta powtarza od kilku lat. Nigdy się nie dowiedzieliśmy, na czym takie ewentualne przygotowania miałyby polegać. Czy w tle majaczy choć hipotetyczny geopolityczny plan złożony z czegoś więcej niż kilka frazesów?

Możliwe, że konserwatyści staną przed sytuacją, w której trzeba będzie wybierać między własnymi przekonaniami a Unią. Nie jest prawdą, że w to konkretne rozporządzenie jest wpisana akcja na rzecz LGBTQ czy wolnej aborcji. Ale prawdą jest, że Unia coraz bardziej interesuje się wizją ideologicznego ujednolicania kontynentu. To wyziera z innych uchwał i dokumentów, ostatnio z karcenia polskiego rządu za wyrok TK przez Parlament Europejski. Tyle że w moim przekonaniu czas na potrząsanie porządkiem ukształtowanym stopniowo po roku 1989 (jeszcze?) nie nadszedł.

Przełamanie tabu z pewnością za to przyniesie koszty. I nie wystarczy pocieszanie się Lisickiego, że przecież Unia to nie NATO. Zwłaszcza że prawica przy Joe Bidenie straci nawet częściowy parasol amerykański. A wraz z prawicą Polska.

Oddzielną pozycję stanowi Ziobro. Za jego szczególnym zaangażowaniem w temat kryje się plan stopniowego przejęcia albo podziału prawicy. Temu służy przypominanie, że wetować trzeba było już w lipcu, i stawianie premierowi ultimatum: albo wytrwa przy wecie, albo czeka go kolejny bunt Solidarnej Polski. Rzecz jednak ciekawa: tę akcję przynajmniej częściowo firmuje Jarosław Kaczyński, który niedawno Ziobrę pacyfikował. W każdym razie z nią współbrzmi.

Jest to tym dziwniejsze, że dzisiejsza agenda Ziobry to materiał na silną partię, ale jednak nie na pakiet większościowy. Takie formacje miały wygrywać w zachodniej Europie na fali kryzysu establishmentu, a jednak nie wygrywają. Na ogół nawet nie współrządzą.

Przestrzeń do kompromisu

Kiedy słuchało się kluczowego przemówienia premiera Morawieckiego, można się było zastanawiać nad jego scenariuszem. Wszak to on miał gwarantować normalizację w relacjach z Europą. Opis jego słów jako „skrajnie antyunijnych" to frazes opozycji. Ale nie wiemy, ile w twardych replikach szefa rządu stawki na zagonienie europejskich partnerów do negocjacji, więc swoistego blefu, a ile pójścia z prawicowym prądem.

Kilka dni później sumienny urzędnik kancelarii premiera Konrad Szymański powiedział z tej samej sejmowej trybuny: „Weto ma sens tylko wtedy, kiedy prowadzi do lepszego porozumienia". To jeden z najbliższych współpracowników szefa rządu. Tyle że, powtórzę, jest też coś takiego jak dynamika sytuacji. To jest pytanie o plan Kaczyńskiego i o relacje między obydwoma panami.

Przestrzeń do kompromisu wciąż istnieje. To niemiecka prezydencja zawiesiła prace nad rozporządzeniem po zapowiedzi weta, choć przecież jest ono rozdzielne od budżetu. I to ona proponowała w lipcu pierwszą wersję rozporządzenia z zapisami dotyczącymi korupcji i nadużyć, ale nie kontroli nad praworządnością w sądownictwie. To ostatnie dorzucił Parlament Europejski szukający konfrontacji – z prawicą i z Polską. To paradoksalne, że Niemcy, atakowane nawet w mowie premiera, są być może ostatnią nadzieją. Otwarcie przyznają się do kompromisowych zamiarów.

Nadzieją na co? Możliwe, że na jakiś dokument interpretujący wymowę rozporządzenia. O jego całkowitym wyrzuceniu na śmietnik mowy raczej być nie może. Ale z nie takich opałów wychodzili unijni politycy. Oczywiście, gdyby taka inicjatywa się pojawiła, pozostaną jeszcze dwa pytania. Czy polski rząd ma podstawy, aby ufać krętym zapisom. I czy Ziobro w imię swoich celów nie zamknął już dziś drogi do kompromisu, zapowiadając, że interesuje go tylko odrzucenie całego tekstu.

Naturalnie, można by się w tym dopatrywać podziału na złego i nieco mniej złego policjanta. Ale te emocje są prawdziwe.

I emocje Ziobry stawiającego wszystko na jedną kartę. I emocje całej prawicy, które nakręca sam Prezes.

Opozycja podpala lonty

Zarazem te ewentualne negocjacje, jeśli do nich dojdzie, będą się rządziły zasadą pojedynku dwóch jadących naprzeciw siebie samochodów. W obu autach może się zdarzyć wiele. Pamiętajmy, że tak zwane państwa północne: Holandia, Belgia, Szwecja, Dania i Finlandia, są zainteresowane wywróceniem tego budżetu rękami Polski i Węgier. Bo mają dość „nadmiernego" finansowania innych regionów. I pamiętajmy, że cała masa polityków europejskiego centrum i lewicy naprawdę traktuje to starcie w kategoriach krucjaty.

Jest i pytanie o wkład polskiej opozycji. Ona popiera „kontrolę praworządności", bo nie interesuje ją dyskusja o pozycji Polski w Unii. Taka kontrola byłaby na rzecz jej poglądów i interesów – upokarzani przez Kaczyńskiego i Ziobrę sędziowie uchodzą za jej ludzi. Opozycja uważa ten temat za kolejny cenny oręż po sprawie aborcji i nie tylko nie zamierza z niego zrezygnować, ale używa do melodramatycznego spektaklu, takiego granego na „górnym c".

Wstępniak „Wyborczej" przed tygodniem, anonsujący ten spektakl, wezwał opozycję do bezwarunkowej walki z rządem. Inne tematy mające uzasadnić to wzmożenie to wolna aborcja i domniemane represje wobec demonstrantów oraz pandemia. Ale tekst sugeruje brak jakichkolwiek hamulców w starciu właśnie o kwestię europejską.

Brak w nim jednego: wskazania scenariusza, celu. Kiedy wypowiada się posłuszeństwo rządowi mającemu przynajmniej formalną większość, można albo próbować obalić go przez ulicę (co może prowadzić do rozlewu krwi, a jest w skutkach mocno niepewne), albo odwołać się do interwencji innych państw, co jednak nie nastąpi. Rzeczniczka SLD Anna Maria Żukowska tłumacząca Tomaszowi Lisowi, że nie chodzi o wybory, ale o rewolucję, powinna nam objaśnić, jak ją sobie wyobraża. Dramatyczne sceny na ulicach mogą w teorii prowadzić do przedterminowych wyborów, ale pamiętajmy: Borys Budka z liderami lewicy, uznając się za młodszych braci Marty Lempart, nie mają już dziś żadnych szans na dezintegrację obozu rządzącego. Na to nikt nie pójdzie, nawet Gowin, zwłaszcza że perspektywą jest zapowiadana przez Lempart i Klementynę Suchanow „masakra do poziomu sprzątaczki", a może i coś gorszego. Stary świat ma „wyp..." w całości, za milczącym przyzwoleniem opozycji.

Dziś bardziej jednak od nieodpowiedzialnego i niemądrego pohukiwania prawicy i opozycji interesuje mnie co innego. Ustawiczne wrzenie w Polsce może utrącić wątłą perspektywę kompromisu wokół rozporządzenia i unijnego budżetu. Z rozmaitych powodów. Bo przestraszą się tego Niemcy albo rozgrzani posłowie PE znów wezmą sprawy w swoje ręce. Bo w Polsce rozjuszy się spychana do defensywy prawica. Bo zdarzy się cokolwiek. Polska zaczęła przypominać beczkę prochu.

Mamy wist, może i blef, wobec Unii – z taką opozycją za plecami, z takim stanem umysłów Polaków i z takim, a nie innym stanem relacji z państwami Unii, które prowokowało się wcale nie tylko dla pożytku Polaków. Także dla podgrzewania politycznych nastrojów.

Taki wist to piramidalne ryzyko. W teorii może się udać, ale nie chciałbym być w skórze rządzących, jeżeli obsunie im się ręka czy powinie noga. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA