fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Terlikowski: Dlaczego jestem przeciw aborcji eugenicznej

Protestujący przeciwko wyrokowi TK, Strajk Kobiet
Protestujący przeciwko wyrokowi TK – na zdjęciu uczestniczki demonstracji w stolicy 26 października – nie wspominają o tym, że w przypadku zabiegów eugenicznych aborcja jest źródłem ogromnego cierpienia dla poddawanego jej dziecka
Fotorzepa, Robert Gardziński
To nie będzie tekst publicystyczny, zimna analiza sytuacji czy wskazywanie dróg wyjścia z niej. To będzie próba odpowiedzi tym wszystkim, którzy pytają: Tomek, ale dlaczego jesteś po tamtej stronie? Dlaczego nie chcesz wolności? Dlaczego opowiadasz się za opresyjną instytucją?

Mam przyjaciół i znajomych po różnych stronach sceny politycznej i światopoglądowej. Część z nich uczestniczy teraz w marszach, wykrzykuje przaśne i jakże mało inteligenckie hasło: wyp...dalać, inni usprawiedliwiają niszczenie kościołów czy przerywanie mszy świętych i cierpliwie wyjaśniają, że to wszystko wina hierarchów (i tak dobrze, jeśli nie mówią „panów biskupów"), i że Kościół ponosi słuszną karę za lata narzucania swoich poglądów. Jeszcze inni podkreślają wprawdzie, że są za życiem, ale nie mogą zaakceptować odbierania innym wolności wyboru, nie podoba im się polityczny moment takiej decyzji, albo ludzie, którzy za nią stoją, i dlatego odcinają się od decyzji „z niesmakiem (...) wołając – Fu!" (by zacytować niesamowite słowa Jacka Kaczmarskiego z piosenki „Rejtan, czyli raport ambasadora"). Nie, oni nie idą w marszach, potępiają rozruchy i nawet bronią ludzi modlących się w świątyniach (bo sami też tam często są), ale milczą w tej kluczowej sprawie, uznają, że politycznie może nas ona doprowadzić jedynie do klęski, że przyspieszy proces laicyzacji, więc lepiej tego nie tykać.

Mam też przyjaciół, którzy z bólem mówią o winach i zaniedbaniach Kościoła, o tym, że wściekłość nie wynika tylko z decyzji Trybunału, ale jest efektem wielu lat zaniedbań, i że nie wolno o tym zapominać. Wielu z tych ludzi w ostatnich dniach zadawało mi pytania, wysyłało esemesy, próbowało zrozumieć, dlaczego w tej sprawie zająłem jasne i zdecydowane stanowisko, dlaczego akceptuję ten wyrok, dlaczego – być może wbrew większości swoich kolegów dziennikarzy – uważam, że niezależnie od wielu politycznych wątpliwości, trzeba go jasno i zdecydowanie wspierać, dlaczego – choć mam świadomość skutków, jakie ten wyrok może mieć także dla Kościoła – uważam, że dziś trzeba wybrać i stanąć po stronie sprzeciwu wobec aborcji eugenicznej.

I

Kilka dni temu dostałem esemesa od bliskiego znajomego, z którym przegadaliśmy wiele godzin. „Nie rozumiem, że Ty popierasz to barbarzyństwo. Nie rozumiem, bo mamy podobną wrażliwość, jak można się cieszyć, że zmuszacie nas do rodzenia dzieci bez głów, bez mózgu, z połową ciała" – napisał. Ten zarzut wraca nieustannie, w różnych odsłonach, zazwyczaj o wiele ostrzej wyrażony językowo, często wsparty obrazkami „potworków" – jak był raczył określić takich ludzi także pewien znany, zacny, konserwatywny polityk – których rodzenie ma być wymuszane. Spróbuję na niego odpowiedzieć, choć mam świadomość, że wielu tylko jeszcze bardziej „wk...ę", co słyszę nieustannie, gdy próbuję sprowadzić debatę najpierw do faktów, a później pokazać uzasadnienie postawy pro-life także w tej kwestii.

Zacznijmy zatem od faktów. Tak się składa, że – choć przez lata Ministerstwo Zdrowia nie chciało tych danych ujawniać, dziś już są one znane – w zależności od roku od 30 do 40 proc. aborcji wykonywanych jest ze względu na podejrzenie zespołu Downa (ok. 15 proc. to ZD z wadami skorelowanymi). Co to oznacza? Otóż w największym skrócie to, że te same osoby, które są fetowane przez noszenie różnych skarpetek, które są – co wynika z badań – najszczęśliwszymi osobami na świecie (bo nie ma drugiej grupy, gdzie odsetek poczucia szczęścia wynosiłby 99 proc.), są najliczniejszą grupą ofiar aborcji. One mają i głowy, i mózgi, i całe ciała, potrafią kochać jak nikt inny, i choć będą żyły krócej niż inni, i zapewne nie zdobędą nigdy wyższego wykształcenia, to ofiarują światu i ludziom ogromnie wiele radości.

15 proc. aborcji wykonywanych jest ze względu na podejrzenie poważniejszych zespołów Edwardsa i Patau. Te wady w ogromnej większości prowadzą do śmierci jeszcze przed narodzinami, a jeśli dzieci nimi obarczone jednak się urodzą, zazwyczaj szybko umierają – choć mogą też dożyć w przypadku pierwszego z tych zespołów nawet roku, a w przypadku drugiego – trzech i więcej lat. W niczym przecież nie odbiera im to jednak człowieczeństwa. Też mają głowy (choć czasem cierpią na mikrocefalię) i całe ciało. Odsetek drastycznych przypadków, o jakich się obecnie mówi, np. braku mózgu, jest minimalny. Ale, co kluczowe, i w tym przypadku mamy do czynienia z ludźmi, a nie „potworkami".

Nawet jeśli dzieci te umrą kilka godzin po narodzinach, trzeba im pozwolić się urodzić, przeżyć tych kilka godzin, a nie wolno ich likwidować. Nasz stosunek do nich jest miarą naszej cywilizacji, naszego podejścia do innych. Tak, wiem, że to mocne słowa, że mogą one wielu zgorszyć, że wielu może widzieć we mnie fanatyka czy religijnego fundamentalistę. Tyle że te etykietki niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Tak, jestem katolikiem i nigdy tego nie ukrywałem, ale moje poglądy w tej kwestii nie wyrastają z religii, lecz z filozofii, z rozumienia człowieczeństwa, i tego, co je stanowi. U ich podstaw leży nie tyle intelektualna pycha, ile ostrożność, której istotą jest rzymska zasada in dubio pro vitae.

Jest faktem, że uznaję, iż początkiem ludzkiego życia jest koniec procesu poczęcia. Dlaczego? Otóż dlatego, że w tym momencie, i to jest bezdyskusyjne z punktu widzenia biologii, powstaje nowy, żywy organizm. Bezdyskusyjne jest także to, że należy on do gatunku ludzkiego. Określenia zygota, płód czy embrion nie dotyczą przynależności gatunkowej, ale stopnia rozwoju. Rozwoju, który – co podkreśli każdy lekarz i każdy biolog – przebiega błyskawicznie od momentu, gdy dobiegnie końca proces połączenia komórki jajowej i plemnika. Nie ma innego momentu, który bezdyskusyjnie, nie arbitralnie, można uznać za początek życia ludzkiego. Jeśli czegoś dotyczy spór, to jedynie tego, od którego momentu istocie ludzkiej powinny przysługiwać prawa, w tym fundamentalne prawo do życia. Dla mnie jedynym takim niedyskutowalnym kryterium pozostaje przynależność do gatunku ludzkiego, a jedynym momentem, od którego można o niej mówić, jest właśnie poczęcie.

Można oczywiście mieć wątpliwości co do takiej opinii. Tyle że wspomniana już stara rzymska zasada głosi, że jeśli masz wątpliwości, to rozstrzygać je powinieneś na korzyść życia. Jeśli nie wiesz, czy uprawnienie do życia już przysługuje, a nie chcesz się pomylić i zlikwidować kogoś, kto ma swoją godność, odstąp od takiego działania.

Kryterium przynależności do gatunku ludzkiego – a jak wspomniałem, nie ma innego, które byłoby niearbitralne, niezależne od woli silniejszych czy mających władzę – obejmuje, jak nietrudno dostrzec, także osoby z poważnymi wadami genetycznymi czy rozwojowymi. Bezmózgowiec, bezczaszkowiec są takimi samymi ludźmi jak my, mimo że nigdy nie będą świadomi, nie będą widzieć świata. Stosunek do nich jest fundamentem naszego własnego człowieczeństwa. Dlaczego? Dlatego że godność związana z człowieczeństwem nie jest zależna od cech, jakie mamy, nie jest zależna od tego, czy jesteśmy komuś przydatni czy nie, czy jesteśmy chorzy czy zdrowi, czy spełniamy kryteria jakościowe współczesnego świata i naszych rodziców czy nie. Gdy stajemy wobec dziecka z najcięższymi wadami, bezczaszkowca czy bezmózgowca, albo wobec osoby w stanie trwale wegetatywnym, to właśnie wtedy stajemy wobec osób, które nie mają żadnego utylitarnego znaczenia, ich istnienie jest człowieczeństwem w stanie czystym, pozbawionym jakichkolwiek pragmatycznych elementów. W takiej sytuacji musimy zmierzyć się z tym, czy rzeczywiście cenimy człowieka za jego człowieczeństwo, czy jest w nas żywe myślenie eugeniczne, które uznaje pewne istoty za niegodne życia, niepotrzebne, nieistotne. Ludzie głęboko upośledzeni uczą nas dopiero prawdziwie bezinteresownej miłości, a uświadomienie sobie tego chroni nas przed wszelkimi formami eugenicznego myślenia.

II

Jesteście okrutni, nie liczycie się z bólem tych dzieci i ich rodzin. Jesteście pro-pain (za bólem – red.), a nie pro-life (za życiem)" – taką informację dostałem od innego mojego znajomego, który chciał – wiem, że z czystej sympatii do mnie – przekonać mnie do swoich racji. I wiem, że w takim myśleniu nie jest osamotniony. Setki osób oskarżały mnie o to, że jestem zwolennikiem torturowania kobiet i dzieci. Rozumiem, że tak można myśleć, ale chciałbym, żebyśmy znowu zaczęli od pewnych faktów. Najpierw tych dotyczących nienarodzonych i narodzonych.

Współczesna medycyna może sprawić, że narodzone dziecko, nawet z bardzo poważnymi wadami, nie będzie cierpieć. Otwarcie mówią o tym lekarze pracujący w hospicjach. Inaczej jest z aborcją. To ona, w przypadku zabiegów eugenicznych, jest źródłem ogromnego cierpienia dla poddawanego jej dziecka. Dlaczego? Odpowiedzi udzielił na łamach „Przewodnika Katolickiego" dr Tomasz Dangel, szef Warszawskiego Hospicjum Dziecięcego. „Aborcję w Polsce przeprowadza się przez sztuczne poronienie, tzn. nie zabija się dziecka w macicy, ale doprowadza do przedwczesnego porodu. Dziecko, które rodzi się w ten sposób przed 24. tygodniem ciąży, ma niedojrzałe płuca i z tego powodu odczuwa duszność, tak długo jak jeszcze żyje, np. kilka godzin. Duszność jest znacznie trudniejsza do wytrzymania niż ból. W ten sposób torturuje się jeńców wojennych w celu uzyskania zeznań (podtapianie). (...) Człowiek, który sam tego nie doświadczył, nie może sobie wyobrazić cierpienia sztucznie poronionego dziecka, które próbuje samo oddychać i się dusi" – tłumaczył.

Tyle w kwestii cierpień dziecka. Ale jest jeszcze druga strona, o której też nie można zapominać. To rodzice (nie tylko matka, ale i ojciec). Kilka dni temu napisał do mnie mężczyzna, który opowiedział, jak bardzo cierpiał wraz z żoną, gdy dowiedzieli się, że ich dziecko ma wady letalne, jak powoli płynęły im kolejne dni, jak bardzo zniszczyło ich to cierpienie. Wobec takiego świadectwa można tylko stanąć w milczeniu, trudno z nim dyskutować, przytaczać argumenty osób, które zdecydowały się na inne rozwiązanie, a także cierpią. O cierpieniu, o bólu się nie dyskutuje, tylko się wobec niego schyla głowę z szacunkiem i współczuciem. Mając świadomość niewystarczalności wszelkich słów, nie sposób jednak nie zauważyć, że nawet gigantyczne cierpienie jednej osoby nie unieważnia prawa do życia innej. Nigdy nie zapomnę pierwszej lektury Emmanuela Levinasa, francuskiego filozofa, który mierzył się w swoim myśleniu z traumą Holokaustu. I to właśnie on niezwykle mocno przypominał, że gdy w obliczu gigantycznej zbrodni, jaką było Szoah, Bóg wycofał się ze świata, odwrócił od niego swoją twarz, to jedyną przestrzenią, przez jaką On do nas przychodzi, jest twarz Innego, który woła do nas: „nie zabijaj". Nie podzielam opinii Levinasa w sprawie wycofania się Boga, ale uważam, że miejscem, w którym stykamy się z Transcendencją jest właśnie „Oblicze Innego", spotkanie z nim, z tym, co niespodziewane, nieoczywiste, trudne. Nie trzeba przy tym wierzyć w Boga, żeby dostrzec, że jako ludzie rozwijamy się właśnie w sytuacjach heroicznych i trudnych, wtedy przekraczamy siebie.

Cierpienie, jakkolwiek byśmy próbowali unikać tego wniosku, jest wpisane w nasze życie. Miłość bez cierpienia przestaje być miłością. Każda matka i każdy ojciec wie, ile nieprzespanych nocy, ile lęków rodzi rodzicielstwo. Wielu doświadcza lęku i strachu, gdy ich dziecko zachoruje, niekiedy śmiertelnie, gdy w wyniku wypadku czy choroby straci możliwość kontaktu ze światem albo zostanie straszliwie uszkodzone. Wielu mężczyzn i kobiet staje wobec podobnego wyzwania, gdy chorzy stają się ich rodzice albo małżonkowie. Ich postawa jest często heroiczna, bo jest heroizmem zajmowanie się chorymi na Alzheimera rodzicami, odwiedzanie ich, jest heroizmem trwanie przy łóżku dziecka, które od 20 lat jest w stanie wegetatywnym, jest bycie obok żony, która od lat cierpi na raka albo w wyniku wypadku straciła pamięć, możliwość kontaktu itd. Takiego heroizmu wymagamy. Bez niego nie ma miłości, nie ma zaangażowania, nie ma prawdziwych relacji, a są jedynie utylitarne kontakty. Ryzyko jest wpisane w nasze życie i wszyscy to akceptujemy. Jedynym wyjątkiem jest aborcja eugeniczna. Wtedy autorytety z lewa i prawa spieszą, by nas przekonywać, że heroizmu wymagać nie wolno.

Tyle że jeśli się na to zgodzić, jeśli uznać, że matka może poprosić o aborcję, jeśli jej dziecko jest chore, to traci rację bytu wymaganie od ojca takiego dziecka, by je razem z matką wychowywał. Jeśli nikt nie może od nikogo wymagać heroizmu, to jego ucieczka jest jak najbardziej zrozumiała, oczywista i akceptowalna moralnie. Zgoda na to oznacza jednak akceptację społeczeństwa moralnych miernot.

III

Do tej pory pozostawaliśmy na wygodnym poziomie filozofii, nie dotykając nawet politycznej praxis. Teraz trzeba to jednak zmienić, bo dochodzimy do poziomu już nie tylko moralności praktycznej, ale także decyzji politycznych. Co bowiem zarzucają – w mocnych słowach, ale spróbujmy to przetłumaczyć na język bardziej spokojny – uczestnicy marszów Trybunałowi Konstytucyjnemu i katolikom? W największym skrócie to, że swoje religijne poglądy narzucają oni wszystkim. „Jesteście katolikami, to nie zabijajcie, ale nie nakazujcie tego innym" – wpisy tego rodzaju, choć wyrażone znacznie ostrzejszym językiem, znajduję w internecie pod moimi tekstami niemal codziennie. Pomijam już fakt, że są one niespójne z całą resztą światopoglądu osób, które je zamieszczają. One zazwyczaj nie twierdzą, że jeśli ktoś nie chce molestować kobiet, to niech tego nie robi, ale dlaczego zakazuje tego innym, nie uważają też, że jeśli ktoś nie chce być rasistą, to niech nie będzie, ale dlaczego zakazuje rasizmu innym. Wręcz z pasją nie tylko walczą z tymi zjawiskami, ale też chcą ich, i słusznie, zakazywać i je penalizować. Powód w wyżej wymienionych przypadkach jest dość oczywisty, są takie zjawiska, które nawet jeśli w pewnym okresie czasu były powszechnie akceptowalne, to są z moralnego punktu widzenia nie do zaakceptowania, i trzeba dążyć do ich zakazania.

Politycznie może się to nie opłacać, może nawet prowadzić do głębokiego podziału społeczeństwa, a nawet do wojny, a mimo wszystko trzeba to zrobić. Wojna secesyjna, która naprawdę pochłonęła masę ofiar, mogła nie wybuchnąć, gdyby nie nacisk grupy abolicjonistów przekonanych o swojej moralnej racji. Można było machnąć na to ręką i powiedzieć, nie chcesz, nie miej niewolników, ale pozwól żyć innym. Taka była zresztą propozycja konfederatów, którzy chcieli, by każdy stan sam decydował o delegalizacji lub zachowaniu niewolnictwa. Unia była przeciwna i obie strony doprowadziły do wojny.

Przykład wojny secesyjnej jest dobry także z innego powodu. Otóż teraz bardzo często słyszymy, że TK podjął decyzję z przyczyn politycznych, że osoby, które ją wymuszały, wcześniej miały w tej sprawie inne poglądy, że prawicy wcale nie chodziło o dzieci, lecz o własny polityczny kapitał. Wiele z tych argumentów jest bezdyskusyjnych, z wieloma można polemizować, ale w istocie nie ma to większego sensu. W polityce nie ma bowiem działań absolutnie bezinteresownych, każde ma także wymiar utylitarny, pragmatyczny, czasem też wynika po prostu z przypadku. To jego wynikiem, a nie świadomej decyzji, bywało to, po której stronie stawali dowódcy w wojnie secesyjnej, politycy Unii zaś często wcale nie byli przeciwnikami niewolnictwa, lecz walczyli z nim z przyczyn czysto pragmatycznych, doczesnych i przyziemnych. W niczym nie zmienia to jednak faktu, że doprowadzili do fundamentalnej zmiany. I tak jak wtedy niezależnie od ocen moralnych jednostek należało stanąć po stronie abolicjonistów, tak dzisiaj – co do tego nie mam wątpliwości – trzeba stać po stronie pro-life.

Piszę to z pełną świadomością ceny, jaką możemy, jako Kościół i jako konserwatyści, za to zapłacić. Decyzja Trybunału ujawniła – tak, właśnie ujawniła, a nie spowodowała – głęboką laicyzację, odejście od chrześcijaństwa, ale także myślenia klasycznego, być może większości młodych ludzi. To oni stoją teraz przed kościołami i krzyczą, oni najgłośniej domagają się wolności (uważam, że fałszywej). Wyrok ten pokazał również głęboką nieskuteczność katechizacji i ewangelizacji. 40-latkowie, moi rówieśnicy, którzy w młodości działali w oazach, duszpasterstwach, którzy posyłali swoje dzieci do szkół katolickich, teraz na swoich profilach mają pioruny i towarzyszą swoim nastoletnim dzieciom w protestach. Publicyści, którzy jeszcze kilka lat temu z lubością pojawiali się w kościołach i szczycili przyjaźnią z kapłanami, dziś wykazują zrozumienie dla niszczenia świątyń. Czy mnie to zaskoczyło? Nie. Pisałem o tym i mówiłem od jakiegoś czasu. Od swoich często słyszałem, że panikuję, sieję defetyzm. Teraz widać, że miałem rację i nie jest mi z tym wcale dobrze.

Odpowiedzialność za to nie spoczywa jednak na Trybunale Konstytucyjnym, lecz wynika ona z wielu lat zaniedbań w katechezie, ewangelizacji, przeciwdziałaniu sekularyzacji, a także z niezależnych od nikogo zmian cywilizacyjnych. Nie umieliśmy głosić ewangelii życia, nie przekazaliśmy, że katolik nie tylko jest za życiem teoretycznie, ale jest zobowiązany, a mówił o tym i pisał nie tylko Jan Paweł II, ale czynili to też Benedykt XVI i Franciszek, do jego obrony, także politycznej, również do zmiany prawa. Chrześcijaństwo nie jest terapeutyczno-moralistycznym deizmem, nie głosi pluszowego Jezusa, który niczego nie wymaga, nic od nas nie chce, a jedynie wspiera nas w problemach. Taki Bóg nie istnieje, ale żeby pozyskać wiernych, niekiedy Go głosiliśmy. Za mało mówiliśmy też o spotkaniu z żywym Bogiem, o tym, że chrześcijaństwo nie jest ideologią, nie jest zespołem norm, ale doświadczeniem i decyzją. Ale jest i drugi wymiar, przez zaniedbania w oczyszczeniu Kościoła, przez tolerowanie rzeczy, których tolerować nie powinniśmy, przygotowaliśmy glebę dla obecnego wściekłego antyklerykalizmu. To wszystko się teraz mści. Zbieramy więc nie tylko owoce odważnej decyzji TK, ale też własnych zaniedbań.

Czy może to doprowadzić do całkowitego rozpadu nurtu katolickiego w Polsce? Do destrukcji imaginarium i świata politycznego? Może. Może być tak, że ten wyrok będzie ostatnim dowodem na to, że w Polsce silne było niegdyś katolickie imaginarium, że od niego zacznie ujawniać się obyczajowa rewolucja jak ta w Hiszpanii czasów socjalistycznego premiera José Zapatero. To nie jest wykluczone. Gdy o tym myślę, od razu przychodzi mi do głowy obraz Jana Matejki „Konstytucja 3 maja 1791 roku". Przed wejściem do archikatedry św. Jana widać uradowany tłum, ale my przecież wiemy, że historycznie tamta decyzja była ostatnim wielkim dowodem żywotności ducha Rzeczypospolitej, gestem, który przyspieszył jej upadek.

Czy z decyzją z 22 października 2020 r. będzie tak samo? Czy przyspieszy ona upadek? Nie wiem, wierzę, że nie jest to nieuniknione, że milcząca większość może odwrócić się od coraz bardziej agresywnych uczestników marszów, ale nawet gdyby tak miało być, to Kościół nie istnieje po to, by przetrwać, ale by głosić swoją naukę i bronić najsłabszych. Jeśli tego nie robi, to jest jak sól, która straciła swój smak. Do niczego nie jest potrzebny.

Historia nie jest zdeterminowana, a nawet jeśli to będzie początek końca katolickiego imaginarium w Polsce początku XXI wieku, to pozostanie nam ważny mit, który będzie jednym ze znaków jego odrodzenia. To wszystko jednak tylko futurologia. Warto bowiem przypomnieć, że konserwatywne zmiany dokonują się także w Stanach Zjednoczonych, a kryzys i pandemia mogą nam zafundować całkowicie odmieniony świat, w którym decyzja TK będzie jednym ze znaków początku.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA