fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Piątka dla zwierząt, czyli Kaczyński i bestie

Reporter, Jacek Domiński
Jarosław Kaczyński nie raz i nie dwa pokazywał twarz brutalnego gracza, naginającego świat do swoich wyobrażeń. Jego inicjatywa w sprawie ochrony zwierząt obciążona jest być może solidną porcją politycznych motywacji. Mam jednocześnie wrażenie, że trafiamy na moment, kiedy polityk kieruje się dobrem i moralnością.

Jesienią 1996 roku przeprowadziłem wraz Luizą Zalewską znamienny wywiad z Jarosławem Kaczyńskim – dla nowo powstającego dziennika „Życie". Był wtedy prezesem zmarginalizowanego, pozostającego poza parlamentem Porozumienia Centrum. Pamiętam miejsce akcji: opustoszałą partyjną siedzibę przy ulicy Puławskiej w Warszawie. Tematem był stosunek polityka prawicy do zwierząt.

Już wtedy mieliśmy świadomość, że mówi on rzeczy nietypowe, łamiące schematy. Bo przecież typowy polityk prawicy z pewnością nie powinien uznawać ochrony zwierząt za priorytet. On zaś wypowiadał poglądy kojarzone raczej z opcją lewicową.




Konserwatysta bez psa na łańcuchu

Polowań nie chciał zakazywać tylko dlatego, że uznawał je za skutek zbyt silnego atawizmu kulturowego. Opowiadał się jednak za prawną gwarancją humanitarnych zasad traktowania zwierząt i surowymi karami za znęcanie się nad nimi. Dodajmy, że pół roku później, wiosną 1997 roku, jeszcze zdominowany przez SLD parlament uchwalił pierwszą ustawę o ochronie zwierząt. To pod jej rządami zaczęto skazywać ludzi okrutnych dla „braci mniejszych".

Niektóre deklaracje Kaczyńskiego wydały się nam nawet przesadne. Na pytanie o swoją bratanicę Martę uczestniczącą w manifestacjach antyfutrzarskich zareagował entuzjazmem. Sam by się przyłączył, gdyby nie wiek. Kiedy z kolei przywołałem incydenty z psami atakującymi dzieci, prezes PC przyznał, że to problem, ale nie należy o tym mówić zbyt głośno, bo ludzie będą jeszcze okrutniejsi dla psów.

Ale w tej rozmowie Kaczyński sformułował ogólniejszą zasadę. Odnosząc się do szyderstw Wojciecha Cejrowskiego z tych, co się nad zwierzętami rozczulają, powiedział: „To swoisty integryzm: on postrzega jako całość rzeczy, którą nie są żadną całością. Można być konserwatystą i nie głosić, że psy trzeba trzymać w budzie na krótkich łańcuchach".

Potem były opowieści Jarosława i Lecha Kaczyńskich w wywiadzie rzece „O dwóch takich..." (rok 2006) – o tym, jak to przed laty jako młodzi ludzie postraszyli w lesie myśliwego. Ów myśliwy miał twarz postaci z dawnej PZPR-owskiej nomenklatury, ale ważniejsza była odraza do jego hobby.




Słabszy niż lobby?

Po co to wszystko przypominam? Modne jest przedstawianie projektu ustawy zwanej „piątką dla zwierząt" jako chytrego PR-owskiego planu. Co mogłoby być jego celem? Rozmiękczenie wizerunku Kaczyńskiego połączone z dezorientacją wrogich elektoratów. Odwrócenie uwagi od pewnej pustki „dobrej zmiany", którą widać w planach i działaniach Zjednoczonej Prawicy po serii kampanii wyborczych. Ba, może nawet zagłuszenie innych niewygodnych tematów, łącznie z inicjatywą darowania kar za służbowe przestępstwa związane z pandemią.

Tej wizji bezideowej operacji czepiają się po trosze wszyscy, ale zwłaszcza prawicowi krytycy inicjatywy. Na bez mała demoniczną postać wyrasta Michał Moskal, szef PiS-owskiej młodzieżówki, który ma nie tylko doglądać tych PR-owskich sztuczek, ale też szykować jakąś bardziej generalną korektę wizerunku partii rządzącej i samego Prezesa. To wrażenie nie musi być nieprawdziwe. Ostatnio mówi się dzięki temu projektowi tylko o ochronie zwierząt.

Zarazem warto jednak wskazać, że ta operacja obciążona jest poważnym ryzykiem. Projekt stworzony przez Forum Młodych PiS uderzy w interesy różnych grup wyborców, przy czym radykalne ograniczenie uboju rytualnego jest dużo większym problemem dla wsi (40 proc. eksportu drobiu) niż więdnące i tak, przynoszące coraz mniejszy dochód hodowle norek czy lisów. Niezadowolenie z powodów ideologicznych obejmuje z kolei jeszcze szersze środowiska – wystarczy zajrzeć do pierwszej lepszej debaty w internecie. Przy istnieniu rosnącej w siłę opozycji z prawej strony i problemach z frondą wewnętrzną (Solidarna Polska) Kaczyński poddał się może najgroźniejszemu dla niego testowi – na ile zdoła zachować wpływy wśród swoich tradycyjnych zwolenników, idąc wbrew ich wyobrażeniom.

Naturalnie, szukając argumentów przeciw jego obecnym intencjom, można przypomnieć, że PiS przymierzał się do nowej, radykalniejszej ustawy chroniącej zwierzęta całą poprzednią kadencję. Wypomniały mu to już media liberalne na czele z „Gazetą Wyborczą", ostrzegając, aby nie dać się nabierać.

Zlecona Krzysztofowi Czabańskiemu, poszerzona w pewnym momencie o zakaz hodowli futerkowców, tamta ustawa ostatecznie nie została uchwalona. Pierwszym ministrem środowiska Zjednoczonej Prawicy był mocno antyekologiczny prof. Jan Szyszko chwalący się swoimi myśliwskimi trofeami. Obóz rządowy nałożył na polowania rozmaite rygory, ale potem z części się wycofał – pod wpływem lobby myśliwsko-rolniczego (kwestia strat czynionych przez dzikie zwierzęta). Można było chwilami odnieść wrażenie, że prezes PiS jest słabszy niż to lobby albo że zabrakło mu chęci.

Tyle że polityka jest przestrzenią nieustających kompromisów, ustępstw, czasem cofania się, nawet dla tak silnego lidera jak Kaczyński. Możliwe, że nie chciał się konfliktować z ważnym środowiskiem ojca Tadeusza Rydzyka, który wprost wspiera przedsiębiorców żyjących z futer (Szczepan Wójcik), a sprzyja też polowaniom. I możliwe, że teraz poczuł się na tyle silny, aby te kompromisy pozrywać.

Brak entuzjazmu

Z jednej strony kryje się w tym polityczny eksperyment: na ile zdołam nagiąć własny obóz. Kaczyński oznajmił zdumionym liderom Solidarnej Polski i Porozumienia, że stosunek do zwierząt to miara cywilizacji wygrywającej z barbarzyństwem. Zarazem nie ma powodu sądzić, że nie włożył w to twierdzenie swoich najgłębszych przekonań. Chyba jak w rzadko której sprawie trzyma się sentymentów młodości. To są sentymenty świadczące o przyzwoitości.

Można podważać wniesiony na polecenie Kaczyńskiego projekt na różne sposoby. Pytać o skutki ekonomiczne zakazów produkcji i eksportu żywności koszernej. I pytać – jak Tomasz Terlikowski – jak te zakazy pogodzić z zasadą religijnej wolności. Z pewnością trzeba by zadbać o odszkodowania dla tracących swoje zyski przedsiębiorców i o vacatio legis na tyle długie, aby mieli czas się przekwalifikować.

Zarazem tym, którzy jak Rafał Ziemkiewicz przedstawiają to jako jakiś wybryk (tytuł jego tekstu na ten temat to „Wódz traci rozsądek"), warto przypomnieć, że większość państw europejskich – od Anglii po Czechy – zakazała hodowli zwierząt na futra. Że Niemcy, które mają rzekomo zarobić na naszym zakazie, obudowały ten przemysł takimi ograniczeniami, że ledwie zipie na granicy opłacalności. Tych, którzy to przedstawiają jako rodzaj antyekonomicznego szaleństwa, można uspokoić: być może koniec noszenia naturalnych futer jest bliski – w skali globalnej.

To nie unieważni sporu aksjologicznego. Polska prawica nie uważa dowodu z przyjmowania takich czy innych rozwiązań w innych państwach za wiążący i przekonujący (ja zresztą też odrzucam taką prostą mechanikę). Ciekawe wydaje mi się co innego. Gdyby nie Jarosław Kaczyński (a kiedyś bracia Kaczyńscy), polska prawica, także ta mainstreamowa, narodowo-socjalna, nigdy by się tym tematem nie zajęła.

Widać, z jakim brakiem entuzjazmu większość polityków PiS zabiera się do uzasadniania i forsowania tej kwestii. Ten brak entuzjazmu bierze się z wielu czynników, choćby z przekonania o ekonomicznej dwuznaczności tych rozwiązań uderzających w PiS-owski elektorat. Ale także z tego, że wrażliwość na los zwierząt rzadko kiedy bywa mocnym elementem prawicowej tożsamości. Typowy konserwatysta to w tych sprawach „twardziel". Czasem tylko na pokaz, ale jednak.

Kaczyńscy próbowali ten aksjomat podważyć. W imię argumentacji, którą już cytowałem, tej z 1996 roku. W imię odrzucenia „integryzmu", który traktuje konserwatyzm jako rodzaj marksistowsko-leninowskiej doktryny, gdzie wszystko jest spójną, zbyt spójną całością, tak że nie można zmienić ani przecinka. W czasach, kiedy strony kulturowych wojen obwarowały się w swoich bańkach, takie zakwestionowanie mechanicznej wersji konserwatyzmu powinno budzić podziw. Mój budzi z pewnością.

Zakaz uprawniony czy nie

Oczywiście histeria konserwatystów jest przez to jeszcze większa. Łukasz Warzecha porównuje tę ustawę do komunistycznej, a Marian Piłka, dawny poseł z ramienia PiS, ogłasza, że „Kaczyński oszalał". Słowo „lewactwo" nieustannie fruwa w powietrzu.

Każdy z argumentów konserwatywnej opozycji można odrzucić, nie przestając używać argumentacji tradycyjnej i chrześcijańskiej. Czy skoro coś jest biznesem, nie może być zakazane lub ograniczone? Bardzo wolnorynkowe amerykańskie prawo zwyczajowe, jeszcze z XIX wieku, uznawało ingerencję władzy publicznej za coś wyjątkowego. Ale najmocniej dopuszczało ją ze względu na moralność (stąd gładkie przyjęcie skądinąd kontrowersyjnej prohibicji).

Oczywiście można uznać PiS za formację „socjalistyczną", która z poszanowaniem rynku nie ma z definicji nic wspólnego. Niemniej przypominam tę starą amerykańską doktrynę. Czy ochrona przed okrucieństwem nie jest związana z moralnością? Gdyby samo istnienie popytu i podaży przesądzało, trzeba by gładko spełnić postulat legalizacji produkcji i handlu narkotykami; to przecież potężny rynek.

Naturalnie owo pojęcie „moralności" będzie po trosze produktem swoich czasów. Nie wiem, czy Kaczyński reagujący na film Janusza Schwertnera, dziennikarza Onetu, o tym, jak traktuje się norki na polskich fermach, jest człowiekiem starej daty, czy przeciwnie, na wskroś nowoczesnym. Ale mam poczucie, że zapobieganie wszelkim formom „krwawego biznesu" jest głęboko moralne.

Pojawia się bardzo chwytliwe dla tradycjonalistów zestawienie sprawy ochrony zwierząt z problemem aborcji. „Ten zły człowiek blokuje projekt ustawy o ochronie życia nienarodzonych. Dla niego życie zwierząt jest ważniejsze od życia ludzkiego. To zezwierzęcenie" – napisał na Facebooku Marian Piłka.

Istotnie, nie rozumiem ludzi lewicy, którzy łączą niezachwiane poparcie dla legalnej aborcji z tkliwością wobec warunków życia zwierząt. Kryje się w tym rodzaj moralnej obłudy. Zaangażowanie po stronie zwierząt niewiele kosztuje. Wprowadzanie rygorów w ludzkie życie seksualne i rodzinne podważa kulturę ułatwień i przyjemności. Mogę tylko powtórzyć za publicystą Janem Wróblem: mam nadzieję, że w świecie, w którym ludzie litują się nad małymi foczkami, poczują litość wobec nienarodzonych dzieci.

To są jednak dwie różne sprawy. Jarosław Kaczyński nie ma odwagi tknąć aborcji eugenicznej z powodu politycznych kalkulacji. Ale te kalkulacje związane są z kolei z wyjątkowo trudną naturą takiego zakazu. Nie jest łatwo politykowi kazać kobietom rodzić chore dzieci. Przecież zasadniczo przerywanie ciąży jest w Polsce zabronione. No i powiedzmy najważniejsze: brak dobra w jednej sprawie nie kasuje sensu starania się o dobro w drugiej. Poparcie dla ustawy mocniej chroniącej zwierzęta nie musi się wiązać z aprobatą innych meandrów PiS-owskiej czy jakiejkolwiek innej polityki.

Są argumenty religijne. Bóg kazał ludziom czynić ziemię poddaną – powtarzają z upodobaniem konserwatyści, często rozumiejąc to najprościej: to przyzwolenie na robienie z przyrodą wszystkiego, co się chce, i na traktowanie zwierząt jak rzeczy. Kiedyś jak rzeczy traktowano ludzi – niewolników. A przyzwoity, ba, pełen miłości stosunek do zwierząt ciągnie się, prawda, cienką nitką, ale jednak, przez chrześcijańskie stulecia. Mając do wyboru Łukasza Warzechę czy polityków Konfederacji i z drugiej strony świętego Franciszka z Asyżu, nie mam specjalnego kłopotu z decyzją.

Dowody z przeszłości

W tego typu prawnych regulacjach kryje się oczywiście pewien maksymalizm. Rozumiem obawy ludzi, którzy przepowiadają, że to przecież nie koniec. Że za chwilę radykalni ekolodzy będą nam narzucać zakaz jedzenia mięsa. Bo jeśli raz uznamy „prawa zwierząt", roszczeniom nie będzie końca. Odpowiednie hasła już padają, a w Belgii manifestanci kładą żałobne kwiatki na sklepowych półkach z mięsem.

Dlatego sam wolę mówić o „ochronie zwierząt". Nie sądzę, żeby potrzebny był postulowany przez lewicę specjalny rzecznik praw zwierząt, który miałby, jak powiedziała jedna z posłanek, „słuchać ich głosu". Nie sądzę, aby zwierzę było równe człowiekowi.

Ale równie mocne jest inne moje wrażenie: gołym okiem widać różnicę między zakazem zabijania zwierzęcia dla przyozdabiania się jego skórą a zakazem, kiedy mowa o zaspokajaniu głodu. Jeśli ta różnica miałaby być zniwelowana, oznaczałoby to triumf absurdu. Ale bywa, że dobro rodzi absurd. Czy to znaczy, że trzeba rezygnować z dobra?

Jarosław Kaczyński to dziś jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w Polsce. Nikt nie każe go kochać czy aprobować bezkrytycznie jego politykę. Nie raz i nie dwa pokazywał twarz polityka brutalnego, naginającego świat do swoich wyobrażeń. Jego inicjatywa obciążona jest być może solidną porcją dodatkowych politycznych motywacji, choć zarazem i masą politycznych kłopotów (nawet „cywilizowane" PSL Kosiniaka-Kamysza jest przeciw). Dziś także ludzie, którzy przedstawiają go zwykle jako obskuranta, gotowi są robić z niego nieżyciowego fantastę.

Czy zyski przekraczają tu straty? To co najmniej wątpliwe. Mam jednocześnie wrażenie, że trafiamy na moment, kiedy polityk kieruje się dobrem i moralnością. Dowodów szukam w przeszłości i są one mocne.

Nie bał się wypowiadać sądów, które na prawicy mogą polityka nawet ośmieszyć. Jutro wrócę do jego krytykowania. Dziś życzę mu powodzenia. Jeśli znów się cofnie, zostanie uznany za cynika do kwadratu, ale coś mi podpowiada, że tak się nie stanie.

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA