fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Osiem cywilizacji, trzy internety

PAP/EPA
Sieć porwała się jak bity obuchem kotlet. Teraz USA, Chiny i Rosja szarpią ją i ciągną każde w swoją stronę. Ten konflikt przeora nie tylko Unię Europejską i Polskę, ale też dżungle Afryki i wyspy Mikronezji. Stawką jest cyfrowa władza nad światem.

Gdy w styczniu zatrzymano w Polsce pracowników chińskiego giganta telekomunikacyjnego Huawei pod zarzutem szpiegostwa, nasz kraj znalazł się na ustach całego świata. Zatrzymania związane były z chińskimi planami sprzedaży Polsce infrastruktury 5G – a więc technologii umożliwiającej stworzenie lepszego, szybszego internetu przyszłości – takiego, który będzie się rozpościerał między twoim komputerem, telewizorem, odkurzaczem, smartfonem i lodówką (tzw. internet rzeczy, organizujący i łączący różne przedmioty, sprzęty itp. – red.).

Chińczycy oferowali tani i dobry sprzęt, który pospinałby polski internet rzeczy w jeden sprawny system. Problem jednak w tym, że na odrzucenie tego sprzętu usilnie nalegają Amerykanie. Nasi sojusznicy nie tylko postrzegają chińskie oprzyrządowanie sieciowe jako zagrożenie dla bezpieczeństwa, ale wręcz uzależniają budowę baz wojskowych w Polsce od naszego odrzucenia chińskich ofert. Według USA Huawei dopuszcza się oszustw bankowych i elektronicznych oraz kradnie technologie, dlatego Polska po przyjęciu ich infrastruktury sieciowej stałaby się mniej bezpiecznym i mniej stabilnym miejscem.

Tak oto Polacy stanęli przed dylematem: Fort Trump w zamian za pogorszenie relacji z Chinami. I co teraz?

Zimna wojna o śnieżynki sieci

Skąd w ogóle te emocje? Stąd, że masz w domu internet. Z 80-procentowym prawdopodobieństwem łączysz się z nim przez router – plastikowe pudełeczko z antenką, które „rozpyla" sygnał wi-fi. Sprawdź jego markę – TP-Link, ZTE, a może Huawei? To marki chińskie. A może Cisco, Linksys albo Netgear? To marki amerykańskie. O to, czyje pudełeczka będą w każdym domu toczy się dziś wielka, globalna gra. To nic takiego – pomyślisz – w końcu rywalizacja firm to w kapitalizmie norma. Ale najwięksi dostawcy infrastruktury internetu i jego usług to nie są „po prostu" firmy. To wielkie machiny pozwalające na kształtowanie i kontrolę obiegu informacji. A w efekcie na kreowanie i podglądanie twoich marzeń, pragnień i przekonań. Jako że internet już dawno nas zarósł swoimi pnączami, dziś nie za bardzo możesz decydować, czy komuś pozwalać by wpinał się w twoje życie. Możesz tylko zdecydować, komu dasz taką władzę. Amerykanom, Chińczykom, a może wszystkim po trochu?

Zanim odpowiemy na to pytanie, zauważmy, że ewolucja internetu podlega pewnym prawom. Biorą się one stąd, że internet jest siecią hierarchiczną. Oznacza to, że formuje się według określonych zasad. Jeśli ktoś dziś robi gdzieś mapę internetu, ostatnia jej część – z tobą i twoimi sąsiadami wpatrzonymi w ekrany – wygląda mniej więcej tak jak płatek śniegu. Typowa śnieżynka wygląda następująco: na obrzeżach ma wiele drobnych koniuszków, które stopniowo łączą się w coraz większe i grubsze struktury, aż spotykają się w centrum płatka. Z perspektywy hipotetycznego nadzorcy internetu ty i twoi bliscy wyglądacie właśnie jak śnieżynka. Twoje urządzenia (komputer, smartfon, telewizor) to koniuszki, które podpinają się pod gałązki (np. routery wi-fi). Z kolei gałązki podpinają się pod trzon śnieżynki (dostawcę internetu). A ten z kolei podpina się pod światłowody. Dlaczego to ważne? Bo ten, kto ma wiedzę o aktywności węzłów sieci (telefonów, routerów i innych urządzeń) – a producent taką wiedzę mieć może – jest w stanie zmapować sieć, zobaczyć, dokąd płyną dane, od kogo i po co. Może też odtworzyć, gdzie jesteś i z kim jesteś powiązany. A nawet szpiegować.

Nie, nie każdy jest szpiegowany. Ale każdy szpiegowany być może. W końcu kto raczy wiedzieć, co dzieje się w czeluściach twojego routera i komu przesyłane są po drodze twoje dane? Po pierwsze, producent zawsze ma dostęp do swojego sprzętu w celu wprowadzania np. aktualizacji. Musisz mu wierzyć na słowo w sprawie tego, co dokładnie wprowadza. Po drugie, nie od dziś wiadomo, że komuniści z Chin traktują wielkie firmy jako nośniki wpływu politycznego (choć Huawei zarzeka się, że nie ma żadnych związków z rządem oprócz uczciwego płacenia podatków). Po trzecie, jak pokazały badania Brytyjczyków z udziałem Centrali Łączności Rządowej (GCHQ) kod autorstwa Huawei inaczej zachowywał się podczas testów, a inaczej w rzeczywistych sieciach. Nikogo nie złapano za rękę, ale podejrzenia są. Dlatego lepiej – myślą wielcy tego świata – żeby sprzęt sieciowy dostarczali „nasi". I oto właśnie toczy się dziś spór USA z Chinami – o to, kto będzie w stanie lepiej kontrolować miliony sieciowych śnieżynek w domach Polski i świata.

A było tak pięknie. Do niedawna jeszcze w Polsce i w całym świecie zachodnim panowała tzw. zasada neutralności sieci autorstwa rządu Obamy z 2015. Zakładała ona, że ani rząd, ani dostawcy internetu nie mieszają się w wybory konsumenckie: ruch internetowy płynie swobodnie, niezależnie od tego, na jakich podzespołach się opiera, jakie dane przetwarza, skąd pochodzi i dokąd zmierza. Transfery bankowe, e-maile i filmiki wgrywane na portale chińskie czy zachodnie traktowane były jako strumień danych tego samego typu.

Zmieniło się to w grudniu 2017: amerykańska Federalna Agencja Łączności (FCC) przegłosowała zniesienie neutralności sieci. Tego dnia protestujący ustawili pod siedzibą agencji wieńce z napisem #RIPinternet – internecie, spoczywaj w pokoju. Rzeczywiście, odtąd działalność dostawców jest mniej regulowana, a premię dostają najwięksi. Dzięki zniesieniu regulacji dotyczących ich działalności mogą opracowywać nowe strategie działania: a może pobierać więcej za transfer danych ze stron krajów autorytarnych jak Chiny, zasłaniając się bezpieczeństwem? A może spowalniać transfer danych od firm konkurencyjnych wobec naszej? Nikt oczywiście jeszcze nie wie, w którym kierunku pójdzie regulacja internetu na świecie, a największe firmy unikają na razie gwałtownych ruchów. Ale rosnąca rywalizacja między USA a Chinami nie wróży niczego dobrego.

5G i logika czystego kapitalizmu

W noworocznym „Plusie Minusie" (w tekście „Cywilizacja w kawałkach") pisałem, że ewolucja internetu zmienia język polski. Kiedyś funkcjonowała wyłącznie liczba pojedyńcza słowa „internet", a jedyne użycie w liczbie mnogiej dotyczyło żartobliwego zapytania „co tam słychać w internetach?". Niektórzy mówili nawet, żeby „internet" pisać wielką literą jako nazwę własną pojedynczego bytu. Tak było w czasie, gdy stworzona przez Amerykanów sieć komputerowa rozrastała się na cały dziewiczy cyfrowo świat. Rozrastał się też wizerunek sieci jako tworu altruistycznych geeków w rozciągniętych swetrach, stworzony ku pożytkowi ludzkości. W tym czasie wszystkie niezachodnie cywilizacje albo niespokojnie przebierały nogami, przyglądając się tej rewolucji (jak rosyjska czy chińska), albo wręcz radośnie się na nią otwierały (jak indyjska). Tymczasem Zachód korzystał z przewagi technologicznej i przekuwał go na przewagę geopolityczną w systemie globalnego kapitalizmu. To amerykańskie wyszukiwarki i przeglądarki kierunkowały rzeki danych, to amerykańskie kable i sprzęty były korytami dla największych rzek.

Nad wszystkim górowała właśnie logika kapitalizmu, zakładająca, że tańszy produkt wypiera droższy o podobnej jakości. Dopóki innowacje z USA zostawiały wszystkich w tyle, ich produkty nie miały konkurencji. Jednak dziś ta sama logika wskazuje, że dominacja USA jako dostawcy najlepszej infrastruktury internetu się kończy. Logika kapitalizmu jest bowiem sprawiedliwa niczym Bóg z Nowego Testamentu – tak jak Bóg nie ma względu na osoby (Dz 10,34), tak czysty kapitalizm nie ma względu na narody i cywilizacje: premiuje po prostu tego, kto będzie skuteczniejszy w ramach jego zasad. A Chiny przy całej swej autorytarności i kontrowersyjnych sposobach działania (zgodnych z ideami konfucjańskimi) są kapitalistyczne. Dlatego dziś nastał czas wielkich kopistów z Chin, którzy z chęcią sprzedadzą światu kable i routery porównywalne z amerykańskimi, ale taniej.

Dobrą okazją do tej sprzedaży jest nadchodząca we wszystkich rozwiniętych krajach świata zmiana standardu technologicznego internetu na 5G. W wielkim skrócie, konieczność zmiany wynika stąd, że konsumujemy coraz więcej danych – w tabletach, komórkach, komputerach czy innych sprzętach. Przy tak wielkim zapotrzebowaniu na dane na łączach starszych szwankuje przepustowość, prędkość i pojawiają się problemy z przepełnieniem sieci. Dlatego sieć 5G będzie oferować zawrotną prędkość przesyłania danych (10–100 gigabitów na sekundę), podczas gdy np. popularne dziś technologie LTE dysponują prędkością o wiele mniejszą (do 300 megabitów na sekundę). Nowy internet będzie niezawodny i pozwoli na bezproblemowe powpinanie do sieci niezliczonej ilości rzeczy. Internet rzeczy, owe samosterujące auta, interaktywna struktura miejska czy sprzęt AGD nowej generacji, będą mogły bezproblemowo działać razem, komunikując się ze sobą.

Ten skok technologiczny wymagać będzie wymiany infrastruktury – i tu do gry wchodzą Chińczycy, oferując atrakcyjne plany sprzedaży i serwisowania w krajach całego świata. Skoro zmiana ma być globalna, wpływ Chin także może globalnie wzrosnąć. Bo z każdym sprzedanym sprzętem Chińczycy będą mogli lepiej mapować internet. A przynajmniej tę jego część, którą kontrolują.

Cyfrowa Gwardia odcina Rosję

Swoją" infrastrukturę sieciową, chcą mieć zresztą nie tylko Chiny, ale i Rosja. Zgodnie z doktryną bezpieczeństwa informacyjnego z 2016 roku Rosjanie traktują internet jako takie samo pole rywalizacji jak lądy, morza i kosmos. Dlatego od tego roku będą kopiować Chińczyków, którzy w 1998 zaczęli budować Wielki Firewall – państwową infrastrukturę kontroli wpinaną w serwery wszystkich dostawców w kraju oraz przeszkolony personel nadzorujący każdego dostawcę. W wydaniu rosyjskim taka Wielka Palisada czy Cyfrowa Gwardia internetowa także będzie składać się ze sprzętów wpinanych w trzewia wszystkich dostawców sieci – oraz z systemu koordynującego. W praktyce oznacza to odcięcie Rosji od internetu i podpięcie go na nowo już pod czujnym okiem Federalnej Służby Bezpieczeństwa.

W 2019 widać już wyraźnie, że internet pod wpływem międzynarodowej nieufności i geostrategicznej rywalizacji rozpadł się na internety – niczym bity obuchem kotlet rozpada się na oddzielne lub połączone tylko cienkimi żyłkami kawałki. W efekcie żartobliwe polskie słowo „internety" przestało być śmieszne, a stało się gorzką konstatacją rosnącej rywalizacji w skali globalnej. I na stałe może wejść do języka polskiego.

Tę rywalizację przeczuwał już Peter F. Drucker. Ten guru zarządzania, zaglądając już śmierci w oczy, zdążył jeszcze w 2005 roku napisać przepowiednię na temat przyszłości, która dziś wydaje się niepokojąco aktualna. W eseju „Trading Places" z „The National Interest" pisał: „wyłaniająca się postać światowej gospodarki będzie pluralistyczna, z pewną liczbą gospodarczych »bloków«". Według Druckera takich bloków może być pięć lub sześć – jednym z nich będą Stany Zjednoczone z Kanadą i Meksykiem, które będą częściowo współpracować, a częściowo rywalizować z kolejnym blokiem – Unią Europejską. Kolejnymi blokami mogą być np. Wspólny Rynek Południa (MERCOSUR) zrzeszający większość Ameryki Łacińskiej oraz Stowarzyszenie Narodów Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN), zrzeszające państwa azjatyckie. Co ciekawe, według Druckera kraje takie jak Chiny czy Indie ze względu na swój potencjał gospodarczy mogą samodzielnie być państwami-blokami. W tej rywalizacji USA mogą pozostać silne, ale nie będą jedyną globalnie sprawczą potęgą.

Mało tego, według Druckera coraz więcej krajów będzie ulegać pokusie protekcjonizmu gospodarczego i lokalnego regulowania gospodarki, co doprowadzi bloki do stopniowego wdrażania „nowego merkantylizmu". Będzie on polegał na głębokiej liberalizacji przepisów wewnątrz danego bloku przy równoczesnym głębokim regulowaniu relacji z zewnętrzem, co zaszkodzi wymianie handlowej. Jednak według Druckera to nie handel dobrami materialnymi, ale obieg informacji będzie najbardziej napędzał globalną rywalizację.

Kapitalizm blokowy

Choć dynamika światowej rywalizacji niekoniecznie przebiegać będzie tak jak sugeruje Drucker, stosunek najsilniejszych państw świata do internetu jest przykładem, że bloki już powstały. Mocny impuls dla ich rozwoju wysłały same Stany Zjednoczone za prezydentury Donalda Trumpa, gdy zauważyły, że logika czystego kapitalizmu coraz mniej ich premiuje. Dlatego Trump postanowił strategicznie zmodyfikować logikę – odwołując się do czegoś, co można nazwać „logiką kapitalizmu blokowego", a więc takiego, w którym to nadrzędną kwestią staje się wspólne bezpieczeństwo określonych bloków, a dopiero w drugiej kolejności zysk.

W tym kontekście wymowne są reakcje świata na skandal z Huawei w roli głównej, w której – jak pamiętamy – rolę drugoplanową odegrała ostatnio Polska. USA – wiadomo – są przeciw chińskim sprzętom i próbują przekonać do takiej postawy sojuszników. Idzie im całkiem nieźle: Australia, która korzysta obecnie z technologii Huawei w dostarczaniu mniej przepustowej sieci 4G zobowiązała się w 2018 roku do nieużywania urządzeń tej firmy przy przejściu na 5G. Ze względu na „prawdopodobieństwo pozaprawnych interwencji ze strony rządów innych państw". Choć chińska firma stara się studzić emocje, argumentując, że nie ma przecież fundamentalnych różnic między sprzętem 4G a 5G, to nie pomaga – śladem Australii pójdą też Nowa Zelandia i Japonia, też korzystająca obecnie z urządzeń Huawei.

Brytyjczycy pójdą w podobną stronę, choć mniej radykalnie: wykluczenie Huawei z sieci 5G (i wcześniejszych jej odmian) będzie dotyczyć tylko infrastruktury kluczowej, a chińska firma będzie dopuszczona do pozostałych elementów sieci. Jeszcze mniej radykalni są na razie Kanadyjczycy, którzy zapowiedzieli testy sprzętów Huawei przez kilka lat. Niemcy oraz Włosi też jeszcze nie podjęli decyzji. W podobną grę grają Indie – raz ogłaszając możliwy zakaz sprzętu z Chin, potem jednak zapraszając Huawei do przeprowadzenia u siebie testów sieci.

A Polska? W erze blokowego kapitalizmu mamy twardy orzech do zgryzienia. Z jednej strony priorytetem jest sojusz z USA, kraju z tej samej cywilizacji, o podobnych wartościach, z drugiej łączą nas z Chińczykami wspólne – i potencjalnie wielkie – interesy. Planowany w Polsce Centralny Port Komunikacyjny będzie obsługiwał m.in. handel towarami właśnie z Chin. Powstaje pytanie, czy da się obmyśleć czysto biznesowy model współpracy z Chinami, który by równocześnie umożliwiał zyski wszystkim zainteresowanym stronom, ale też systemowo ograniczał uleganie tym konkretnym typom wpływów chińskich, które są niekompatybilne z zasadami naszej cywilizacji. Być może ad hoc warto zastanowić się nad rozwiązaniem brytyjskim, które wpuszcza Chińczyków na rynek, jednak nie dopuszcza do infrastruktury kluczowej?

Amerykański Instagram w Iranie

Tożsamość cywilizacyjna zostawia na technologii swój ślad. Technologia – szczególnie taka, która gromadzi dane i przetwarza informacje – po wdrożeniu ostatecznie zyskuje zarówno narodowość, jak i przynależność cywilizacyjną. Narodowość ma więc także internet, który właśnie rozerwał się na luźno połączone kawałki według geopolitycznych i cywilizacyjnych osi wpływu.

Teoria cywilizacji, w uproszczeniu, pyta o to, czy istnieją byty zwane cywilizacjami i jakie są możliwe reguły interakcji między nimi. Rozwija się na dobrą sprawę dopiero od XX wieku i być może dlatego jej dotychczasowi przedstawiciele, tacy jak Feliks Koneczny, Oswald Spengler, Arnold Toynbee, Francis Fukyama czy Ian Morris powiedzieli dużo nietrafionych rzeczy. Dobra definicja cywilizacji jest jeszcze przed nami. Warto więc spojrzeć na ewolucję internetu przez pryzmat teorii cywilizacji takiej, jaką mamy.

Przyjmijmy więc na moment, że na świecie istnieje osiem cywilizacji, czyli typów megakultur o podobnym sposobie myślenia. Byłyby to cywilizacje: zachodnia (USA, Kanada, Europa, Australia), latynoamerykańska (większość Ameryki Łacińskiej), islamska (Bliski Wschód, część Afryki i Azji), afrykańska (część Afryki, gdzie nie dominuje islam), konfucjańska (Azja Wschodnia z Chinami, Japonią i innymi krajami), rosyjska (Rosja i kraje pod ich przemożnym wpływem: Kazachstan i Białoruś), indyjska (Indie) i buddyjska (m.in. Birma). To oczywiście uproszczenie robocze: tożsamości cywilizacyjne mogą przelewać się na wskroś granic państwowych. Można jednak przyjąć, że wyjściowy dystans kulturowy między podmiotami tej samej cywilizacji jest mniejszy niż między podmiotami dwóch cywilizacji (więcej o płynności takich tożsamości cywilizacyjnych pisaliśmy z Piotrem Arakiem w „Plusie Minusie", w tekście „Chiny już niedługo staną się potęgą").

Jeśli spojrzymy przez ten pryzmat na dzisiejsze pękanie internetu, okaże się, że porwał się on częściowo zgodnie, a częściowo w poprzek przynależności cywilizacyjnych. W rozważaniach będziemy polegać na aktualnych danych amerykańskiej spółki Alexa monitorującej ruch sieciowy, a probierzem otwarcia kraju na czyjeś wpływy cywilizacyjne uczynimy najpopularniejszy w nim portal społecznościowy. To zasadny krok, szczególnie że internet to nie tylko infrastruktura, ale też algorytmy sieci. A według szacunków na portale społecznościowe (np. Facebook) i wyszukiwarki (np. Google) przypada po jednej trzeciej globalnego ruchu sieciowego.

Co się okazuje? Społecznościowe algorytmy Zachodu generują dziś wielki ruch sieciowy zarówno u siebie, jak i na terenie czterech innych cywilizacji – latynoamerykańskiej, afrykańskiej, islamskiej, indyjskiej i buddyjskiej: amerykański Facebook jest najpopularniejszym medium społecznościowym nie tylko w obu Amerykach, Europie i Australii, ale także w Afryce, na Półwyspie Arabskim, w Turcji, w Pakistanie, Indiach czy Indonezji. Amerykański Instagram jest z kolei najpopularniejszym medium społecznościowym w Iranie. Co ciekawe, zachodnie algorytmy (znowu Facebook) zdominowały też niechińskie tereny cywilizacji konfucjańskiej – m.in. Japonię, Koreę Południową, Wietnam. W przypadku części niezachodnich cywilizacji takie otwarcie na te wpływy Zachodu było świadome i związane z sojuszami politycznymi, w przypadku części – szczególnie biedniejszych – być może zdecydował brak alternatywy czy środków na inwestycje we własne algorytmy. Tak oto wygląda dziś pierwszy internet – zachodni.

Drugi internet „należy" do cywilizacji rosyjskiej – w samej Rosji największy ruch sieciowy generuje niekonkurencyjnie wykreowany klon Facebooka – VK (VKontakte), podobnie na Białorusi i w Kazachstanie. Z kolei na innych terenach będących pod bardzo silnym wpływem Rosji – np. Mołdawia, Tadżyskistan – dominuje rosyjski portal OK (Odnoklassniki). Z kolei trzeci internet ograniczony jest tylko do jednego – ale za to najludniejszego na świecie państwa, czyli do Chin. Dominuje tu portal QZone, który wyprzedził innego chińskiego potentata – Weibo.

Możemy zatem powiedzieć, że choć mamy na świecie osiem cywilizacji, to tylko trzy internety. Co ciekawe, podobny trójpodział jak w przypadku portali społecznościowych uzyskalibyśmy, patrząc na najpopularniejsze wyszukiwarki (na większości obszaru świata dominuje Google, w Rosji prym wiedzie Yandex, a w Chinach Baidu).

Co by było, gdyby Chińczycy...

Do kogo więc należy internet? Jeśli globalna sieć to wciąż jeszcze jeden, choć porwany kotlet, należy przyjąć, że ma co najmniej dwie warstwy: infrastrukturę i algorytmy. Jeśli chodzi o algorytmy, z wyjątkiem terytorium Chin i Rosji (z jej geopolitycznymi okolicami) dominują Amerykanie. Europa też by chciała mieć tu prawo głosu, ale na razie nic jej nie wychodzi. Dlatego ogranicza się do wlepiania kar firmom pozaeuropejskim, zamiast wziąć się do roboty.

Infrastruktura internetowa na większości terytorium świata także jest głównie zachodnia, ale sytuacja jest bardzo dynamiczna, co pokazują nie tylko cyfrowe palisady i gwardie wystawiane przez Chiny i Rosję, ale też ekspansja chińskiego Huawei – trwa ona nie tylko w Europie czy Azji, ale też w Afryce. W przyszłości może się okazać, że w wielu krajach Afryki, gdzie podstawowe usługi internetowe za darmo dostarcza Facebook (tzw. Free Basics), dojdzie do sytuacji, że na zdominowanej przez Chiny infrastrukturze będą działać głównie amerykańskie algorytmy.

Gra toczy się ostatecznie o jak najszerszą penetrację świata zarówno „własną" infrastrukturą, jak i algorytmami. Być może to dla ciebie gra nieistotna, a przeszkadza ci tylko to, że internet zabrał twoją prywatność i oddał wielkim korporacjom. Ostatecznie jednak to, kto przesyła, kanalizuje i analizuje twoje dane ma wielkie znaczenie. Co by było, gdyby Chińczycy jednym przyciskiem wyłączyli wszystkie swoje routery w amerykańskich domach? Co by było, gdyby Amerykanie wyłączyli swoje satelity GPS, unieruchamiając chińskie statki na wodach Azji? Dlatego Amerykanie chcieliby mieć swoją infrastrukturę w swoich domach, a Chińczycy budują swoją alternatywę dla GPS.

W tym wszystkim warto jednak studzić niepotrzebne emocje. W końcu zamiast ciągle myśleć o cyfrowej kolonizacji Ziemi, lepiej wspólnie pomyśleć o kolonizacji kosmosu. Za dwieście lat nikt nie będzie pamiętać dat kolejnych konfliktów. Zamiast tego będziemy wspólnie obchodzić wiekopomne rocznice lądowania na Marsie. Jeśli oczywiście wcześniej się nie pozabijamy.

Dr Grzegorz Lewicki – dziennikarz, filozof, politolog, konsultant ds. prognostyki. Były kierownik działu nauka tygodnika „Wprost". Absolwent m. in. London School of Economics i Maastricht University. Współautor „Indeksu mocy państw" (2018) i redaktor antologii „Miasta w nowym średniowieczu" (2016); obecnie pracuje nad książką o teorii cywilizacji i szansach Polski w XXI wieku. Kontakt: www.greglewicki.com

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA