fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Przepustka z łagru z nazistowską gapą

Ocalona: Ada z Lubomirskich Tarnowska (zdjęcie z 2008 roku)
materiały autora
„Mama powiedziała, żebym pożegnała się z Papą, bo chyba szybko go nie zobaczę. Zapamiętałam Ojca ubranego w kożuch, a przecież to była jesień, ciepła jesień. Sądzę, że przezornie wziął kożuch, wiedząc, że nieprędko wróci".

Ruszamy w drogę, a przed nami... „Równe, należące do Lubomirskich, gdyby nie to, że jest ściekiem wód i błota całej okolicy i nieznośnie błotnistem, wcale by było piękne, bo ma śliczne drzewa, wody wiele, pałacyk, co je zdobi, i pobudowane jest w części porządnie. Szkoły gimnazjalne dodają Mu życia". Równe, które tak opisał w połowie XIX wieku Józef Ignacy Kraszewski w „Wieczorach wołyńskich", takim pozostało niemalże do międzywojnia.

Kiedyś na ziemi rówieńskiej mieszkali ludzie, którzy wiedzieli, jak życiem się cieszyć i jak innym dogodzić. Z końcem XVIII wieku Jan Stecki, kasztelanic kijowski z pobliskiego Szpanowa, postanowił uczcić polowaniem imieniny swego zacnego sąsiada Józefa Lubomirskiego (1751 – 1817) z Równego. W wielkim sekrecie przygotował niezwykłe polowanie tam, gdzie ani lasu nie było, ani tym bardziej nijakiej zwierzyny. Lecz cóż mógł znaczyć tak drobny szczegół jak brak lasu – przecież dla panów w dawnej Polszcze nie było rzeczy niemożliwych. W tym celu... „Kazał ze swoich lasów wykopać pewną ilość większych drzew i krzaków, spędzono z kilku wsi poddanych pod Równo i przez jedną noc z 18 na 19 marca zasadzono pod miastem las, otoczono sieciami (po myśliwsku parkanami), napuszczono parę dzików, jednego niedźwiedzia i trochę saren i drobnej zwierzyny".

Rankiem w dzień świętego Józefa kasztelanic zajeżdża ze sforą psów pod zamek, grając pod oknami na polowanie. Książę, dowiedziawszy się o przybyciu tak niespodziewanego gościa, zwleka się z łóżka i jeszcze półprzytomny wychodzi mu naprzeciw. „Mospanie – rzecze – a cóż to za raban o zorzy porannej?". Tu rozpoczyna się opowieść, o tym, że dziki, a nawet niedźwiedzia upatrzono w lesie przy samym wjeździe do miasta. Na nic się zdały protesty księcia, iż zna swe dobra i żadnego lasu ani tym bardziej zwierzyny tam nie ma.

Nic to... Gdy przybyli na miejsce, solenizant przekonał się, że wszystko, co rzekł mu pan Stecki, czystą prawdą było.

Jak napisał w swych wspomnieniach z drugiej połowy XIX wieku prawnuk kasztelanica Henryk Stecki: „Tak dawni, przeszłowieczni panowie bawili się; dzisiaj podobny figiel byłby niemożebny, albo by miliony kosztował! Inne czasy, inne obyczaje, ba! I inni ludzie!" (cytaty za: „Wspomnienia mojej młodości", Henryk Olechnowicz Stecki, Lwów 1895).

Jakieś dziwne wojsko

Ten las – podobno niegdyś grabowy – zasadzono zaraz przy wjeździe do miasta (obecnie w jego centrum), w części zwanej do dzisiaj Grabnik, naprzeciw miejsca Górką zwanego. W okresie międzywojennym zbudowano tu nowoczesne osiedle mieszkaniowe – m.in. domy jednorodzinne. Była to tzw. kolonia urzędnicza.

Nie zatrzymujemy się w Równem, bo tak naprawdę nie ma tu już nic do zobaczenia. Pozostały tylko wspomnienia. Jedynie wspomnienia, tak głęboko wyryte w pamięci. A może jednak warto stanąć? Choć na chwilę... Różne myśli biegną mi przez głowę.

Tymczasem jedziemy przez miasto... Równe, miejsce dzieciństwa mojej Mamy, tragicznie przerwanego inwazją wojsk sowieckich na Polskę 17 września 1939 roku. Mama – mała Ada, w dniu 13 września skończyła 11 lat. Były to jej ostatnie urodziny w domu rodzinnym, w gronie rodziców: papy – Adama, i mamy – też Ady. Armia Czerwona wkracza do Równego, mała Ada słyszy dobiegające od strony ulicy 3 Maja krzyki, warkot samochodów. Biegnie na skraj parku, by zobaczyć, co się dzieje. Nie bardzo rozumie, co to wszystko znaczy. Widzi... „Jakieś dziwne wojsko. Dziwnie wyglądało, mieli różne mundury i szli, jak jacyś bardzo zmęczeni piechurzy. Byłam zdziwiona i przestraszona i pobiegłam do domu...".

Jedziemy przez miasto, które nazwę wzięło od swego położenia – na równinie otoczonej wzgórzami. Mijamy współczesną, monotonną zabudowę i tę przedwojenną, koszarową, pamiętającą czasy carskie. Przed II wojną światową Równe było największym miastem województwa wołyńskiego, strategicznym węzłem kolejowym, miastem garnizonowym z ponad 40 tysiącami mieszkańców. Równe z przyległościami przeszło w ręce książąt Lubomirskich w 1723 roku – kupione przez wojewodę sandomierskiego Jerzego Aleksandra Lubomirskiego. Był to początek rówieńskiej linii Lubomirskich. Przez ponad 200 lat tworzyli historię tej ziemi, do końca, do 1939 roku.

Godziny, a nawet pierwsze dni po wkroczeniu Sowietów mijały we względnym spokoju. Krytycznego dnia pojawili się pod domem. Zażądali widzenia – jak się okazało, przyjechali aresztować księcia Adama Lubomirskiego. Małą Adę zawołała mama... „Powiedziała, żebym pożegnała się z Papą, bo chyba szybko go nie zobaczę. Nie wiem dlaczego, ale w moich oczach, w moim ostatnim spojrzeniu zapamiętałam mojego Ojca ubranego w kożuch, a przecież to była jesień, ciepła jesień. Sądzę, że mój Ojciec przezornie wziął kożuch, wiedząc, że nieprędko wróci".

Po aresztowaniu ojca wyrzucono ich z domu. Zamieszkali wtedy: ich mama, mała Ada i starsza, dorosła już siostra Jula, w domu zaprzyjaźnionego z rodziną adwokata – pana Anielewicza. Dom ten sąsiadował z parkiem, który wraz z dworem przydzielony został oficerom NKWD, zakwaterowanym tu wraz z rodzinami... „Zdarzało się, że dzieci tych sowieckich oficerów, dzieci bolszewickie, podchodziły do płotu i tak niby chciały się ze mną bawić, bo to przecież były małe dzieci. To właśnie stąd jest ta historia, którą twój Papa tobie opowiada, że ja się w tych pokrzywach wytarzałam, żeby pokazać, że polskie dzieci są takie dzielne i nie boją się pokrzyw" – opowiadała Bunia Ada w 2005 roku swemu 12-letniemu wnukowi Markowi, który robił z nią wywiad do szkolnej pracy z historii.

Jest 21 sierpnia, słoneczny dzień. Nasz autokar mknie ulicami Równego, niegdyś naszego rodzinnego gniazda, a dziś zupełnie obcego 250-tysięcznego miasta. Przez okna widzę architekturę, która w niczym nie przypomina miejsc znanych z opowieści Mamy czy ze starych zdjęć. Jedziemy główną ulicą, dawniej 3 Maja, a dzisiaj Soborną. Nawet nie wiedziałem, nie zauważyłem, czy i kiedy przejechaliśmy wzdłuż dawnego parku na Górce. Jest drugi dzień naszej wycieczki – wczoraj rano wyjechaliśmy z Warszawy.

Mamy ojciec został aresztowany z paragrafu „kniaź i krupnyj pamiaszczik". Miał 66 lat. W więzieniu podupadł na zdrowiu – gruźlica. Mama małej Ady w liście z 26 listopada 1939 roku pisze do swego brata Saszy – Aleksandra Rzewuskiego (1893–1983) – dominikanina przebywającego w Szwajcarii, we Fryburgu: „Rozmawiać z tymi zwierzętami nie ma sensu. Jak zwykle mi powiedzą, nic nie mamy przeciwko niemu, ale dlaczego jest księciem, niech siedzi w więzieniu. Od czasu do czasu mówią mi, że zabiorą małą i wyślą do Rosji, aby zrobić z niej dobrą bolszewiczkę. Ostatnio zaczynają mówić, że w miesiącu grudniu wyślą Polaków na Syberię, ale ponieważ Adam jest w więzieniu, wyślą nas jedno w jedną stronę, a drugie w drugą. (...) Jakbym nie miała tutaj małej, dawno bym zwariowała. Na szczęście kościoły nie są zamknięte i przystępuję do Komunii najczęściej jak mogę. Całuję. Módl się za nas. Ada".

Grudzień 1939. Ostatni list pisze ze spokojem, z głębokim postanowieniem co do swego losu, do siostry swego męża – Marii z Lubomirskich Zamoyskiej, która wtedy już była w Warszawie...: „Jeśli wywiozą Adama do Rosji, jestem całkiem zdecydowana pojechać za nim gdziekolwiek będzie – w takim przypadku proszę Cię, abyś wysłała małą jak najszybciej do Szwajcarii. Chcę, żeby ona była tam wychowana i żeby mój brat się nią zajmował".

Te przemycone w 1939 roku listy z Równego jej córka Ada czytała po raz pierwszy w 2008 roku, w wieku 80 lat.

Panienki godne współczucia

Ada z Rzewuskich Lubomirska zmarła w Równem na zapalenie płuc 28 grudnia 1939 roku. Choroby nabawiła się, wyczekując na widzenie z mężem pod więzieniem w mroźne zimowe dni. Jej mąż Adam Lubomirski umarł 17 stycznia 1940 roku na gruźlicę, w szpitalu więziennym w Równem. Requiescat in pace. W ciągu trzech miesięcy mała Ada straciła cały świat dziecka: rodzinny dom, matkę i ojca, a jakby tego było mało, jeszcze i stryja Huberta, zamordowanego 21 września 1939 roku przez bolszewików w sąsiedniej Aleksandrii.

Stryj Hubert miał mniej szczęścia niż Radziwiłłowie z Ołyki. Został zamordowany, mimo że miejscowa ludność z jego majątku wstawiła się za nim... „W Aleksandrii mieszkał także ks. Lubomirski. Był to człowiek o poglądach liberalnych, życzliwy dla Żydów i Ukraińców, który nie wierzył, że mu się coś złego stanie. (...) Nazajutrz komisarz, który tak uspokajał ludność, udał się w towarzystwie czerwonych milicjantów do pałacu księcia i po drodze zabierał spotkanych Ukraińców i Żydów. W pałacu zapytał zebranych, czy mają coś do zarzucenia księciu. Wszyscy, nawet czerwoni milicjanci, powiedzieli, że nie. Komisarz pytał, czy książę krzywdził kogoś. Zebrani prosili, aby nie czynić księciu krzywdy. Kiedy zwrócił się do chłopaka ukraińskiego i zapytał: »Czy książę ma jaki dług wobec ciebie?« – chłopak odpowiedział, że winien mu jest 100 złotych za konia. Książę podszedł do kasy, aby wręczyć pieniądze chłopcu, choć długu tego nie pamiętał. Wówczas komisarz dał chłopcu rewolwer i zawołał: »Strzelaj do niego«. A kiedy chłopiec ociągał się z wykonaniem rozkazu, sam strzelił do księcia. Książę padł ranny, sam wstał i poszedł do łóżka. Żona księcia chciała ratować męża, komisarz nie pozwolił na to. Nazajutrz mówiono w mieście, że książę wyzdrowieje. Pomocy udzielił mu dr Dziewulski, oficer polskiej armii, który potem został aresztowany. Po kilku dniach tenże komisarz zjawił się w pałacu i własnoręcznie zabił księcia na miejscu" (protokół nr 239 Zeznania dr. Jana Badera, lat 42 z Krakowa. Przyjechał do Palestyny przez Rosję i Teheran wraz z żoną w październiku 1941 roku, za: „Widziałem Anioła Śmierci. Losy deportowanych Żydów polskich w ZSRR w latach II wojny światowej", Rosner & Wspólnicy, s. 468). Symboliczny grób Huberta Lubomirskiego wystawiła na cmentarzu w Wilanowie jego żona Teresa z Radziwiłłów. Requiescat in pace.

Opieka boska czuwała nad „małą". Wuj Sasza rozpoczął akcję mającą na celu wydostanie bliskich z rąk sowieckich. Dzięki rodzinnym oraz międzynarodowym koneksjom mała Ada wraz z siostrą Julą opuściły sowiecką strefę okupacyjną. Spośród zachowanych dokumentów przechowywanych w Archiwum Dominikanów w Tuluzie, dotyczących sprawy wydostania ich z niewoli, zamieszczam tłumaczenie fragmentu pisma, przesłanego przez kardynała Luigiego Maglione, sekretarza stanu Jego Świątobliwości Piusa XII, do przebywającej w Rzymie księżnej Biszety – Marii z Branickich Radziwiłłowej (1863–1941), jednej z ostatnich wielkich Pań minionego świata. To przede wszystkim interwencji ciotki Biszety mała Ada zawdzięcza swą wolność, a być może i życie. Zamieszczone poniżej pismo kardynała Maglione jest odpowiedzią na jej odręczny list, przechowywany w Archivo Segreto Vaticano pod sygnaturą 665, prot. nr 7471:

Jaśnie Oświecona Wysokość,

W odpowiedzi na list, który Wasza Wysokość zechciała do mnie napisać z datą 14 marca br., pospieszyłem prosić SE Jej Wielebność Nuncjusza w Berlinie o interwencję u Pana ambasadora Włoch w Niemczech, ażeby zainteresował się losem młodych księżnych Julie i Ada Lubomirskie, które przebywają obecnie na terytorium okupowanym przez Sowietów.

Dowiedziałem się dzisiaj, że dzięki staraniom Pana Ambasadora Włoch w Berlinie, który bardzo przejął się sytuacją tych dwóch panienek godnych współczucia, do Pana Mołotowa, Komisarza Ludowego Spraw Zagranicznych, dotarł list z prośbą o ulżenie ich losowi.

Grzechy do teczki

W dniu 6 lipca 1940 roku obie siostry, pod opieką ciotki Teresy Lubomirskiej, córki księżnej Biszety, a wdowy po zamordowanym stryju Hubercie, oraz ich dzieci: Anna, Wanda i Herakliusz, przeszli przez most w Brześciu nad Bugiem na stronę Generalnego Gubernatorstwa. Granicę przekroczyli na podstawie dokumentu wydanego w Moskwie 20 czerwca.

Oficjalnie granicę okupacyjną przeszli jako „byli Obywatele Polscy, wydaleni ze Związku Sowieckiego". Mama oczami dziecka zapamiętała ten moment jako wymianę ludzi na... kozę. W chwili, gdy przechodzili przez most, na stronę sowiecką przeszła koza. Po przejściu przez most znaleźli się w niemieckiej strefie okupacyjnej. Tu kontrolę nad nimi przejął niemiecki oficer. Po 70 latach (24 lutego 2012) moja Mama tak wspominała te pierwsze chwile pod okupacją niemiecką w Terespolu: „Zakwaterowali nas w takiej willi otoczonej wysokim parkanem... tam było dużo Niemców. W pewnym momencie moja kuzynka Andzia i ja postanowiłyśmy pójść do spowiedzi. Wtedy ja, żeby nie zapomnieć, spisałam te moje wszystkie »straszne« grzechy na karteczce. W międzyczasie Niemcy powiedzieli, że przed wyjściem muszą zrobić nam rewizję.

Przerażona, że znajdą te moje spisane grzechy, pobiegłam szybko do hipka (toalety), a hipek to była taka sławojka na dworze. Tam pozbyłam się tego papierka z grzechami i wróciłam do domu... Jakiś Niemiec musiał iść za mną, tego już nie widziałam, ale potem się domyśliłam, i wyciągnął te moje grzechy. Po chwili wezwał mnie do siebie na przesłuchanie pułkownik niemiecki. Byłam przerażona, zadałam sobie pytanie, dlaczego ja, przecież tu są dorośli, ale cóż, nie miałam wyjścia, poszłam do niego. Tam na biurku, widzę, leży ten mój nieszczęsny papierek, taki cały zgnieciony... Po chwili ten pułkownik zadaje mi po polsku pytanie: »co to jest?«. Nie bardzo chciałam mu powiedzieć, co to jest, dlaczego miałam mu mówić, że to są moje grzechy. Gdy tak rozmyślałam, on, nalegając, powiedział: »Jak się pytam, to musisz odpowiedzieć«, wtedy wyznałam mu, że to są moje grzechy. W odpowiedzi słyszę: »My tutaj w Niemczech nie grzeszymy, my żyjemy tak jak trzeba«, dodając po chwili, że mogę już sobie iść. Przed wyjściem poprosiłam o ten papierek z grzechami. Odmówił: »Nie, to pójdzie do dokumentów, do teczki«".

Z Terespola wszyscy szczęśliwie dojechali do Warszawy. Moja mała Mama zamieszkała u siostry swego ojca, ciotki Anny Radziwiłłowej, w pałacu przy Bielańskiej. W okresie PRL-u było tam Muzeum Lenina, a dziś Niepodległości. Następnie, oczekując na wyjazd do Szwajcarii, przebywała u Lubomirskich w Rozwadowie (obecnie przedmieścia Stalowej Woli) w towarzystwie swej kuzynki Joty. Wuja Jerzego Lubomirskiego, ostatniego właściciela Rozwadowa, zamordowało UB w 1945 roku. Małą Adą zgodnie z życzeniem jej matki, Ady Lubomirskiej, zaopiekował się wuj Sasza. Resztę wojny spędziła w Szwajcarii, gdzie mieszkała do 1949 roku.

Wyjeżdżamy z Równego. Zabieram ze sobą miniony świat wspomnień, świat tak tragicznie skończony... Jedziemy na wschód.

Fragment książki „Przez bezkresy historii. Od Wołynia, Podola do Lwowa", która ukazała się w grudniu 2015 r. nakładem Wydawnictwa Fundacja Sąsiedzi. Autor Jan Spytek Tarnowski jest administratorem odzyskanych przez rodzinę Tarnowskich nieruchomości w Dukli. W latach 1992–2002 był redaktorem w redakcji fotograficznej Polskiej Agencji Prasowej.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA