fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Prof. dr hab. Andrzej Horban: Nie ma powodów do paniki

Prof. dr hab. Andrzej Horban jest krajowym konsultantem w dziedzinie chorób zakaźnych
Fotorzepa/ Piotr Guzik
Nasze doświadczenia wskazują, że większość osób, które zetknęły się z wirusami chorób zakaźnych, nigdy na nie nie zachorowała - mówi prof. dr hab. Andrzej Horban.

Panie profesorze, jak ocenia pan obecną sytuację związaną z rozprzestrzenianiem się koronawirusa 2019-nCoV w Europie?

Należy przyjąć do wiadomości, że ta epidemia już dotarła na nasz kontynent i jest wśród nas. Nie jest to jednak epidemia, która „wybije” połowę ludności naszego kraju. W swoim charakterze przypomina epidemię grypy sezonowej. Różnica w skali śmiertelności obu chorób mieści się w granicach zaledwie od 0,5 do 1 procentu. Instytucje powołane do walki z chorobą w Europie powinny sobie zatem z nią spokojnie poradzić. Oczywiście problemem jest skala epidemii. To liczba zachorowań i tempo ich przyrostu będą decydować o tym, czy trzeba będzie podjąć bardziej radykalne formy przeciwdziałania. Ale doświadczenie nam mówi, że każda epidemia wcześniej czy później wygasa. Pozostaje jedynie pytanie: kiedy ta epidemia wygaśnie – za trzy miesiące czy może za pół roku?

Czy uzasadniony jest zatem ten alarmistyczny ton w mediach krajowych?

Z mojego punktu widzenia jest to normalna kolej rzeczy. Wiedzieliśmy od dawna, że pandemia będzie spowodowana podobnymi wirusami. Ten schemat się powtarza. Są to bowiem wirusy pochodzenia zwierzęcego, które zmutowały w Azji, głównie ze względu na bliski kontakt środowiska zwierzęcego z ludźmi i na brak właściwej infrastruktury sanitarnej. Z tego powodu ryzyko znalezienia zmutowanego wirusa jest potencjalnie bardzo duże, chociażby ze względu na przeludnienie tego regionu świata, które daje dobre podłoże do rozwoju epidemii przenoszonych drogą kropelkową.

A z czego wynika sytuacja, która obecnie jest we Włoszech? Czy to także wynik niewłaściwej infrastruktury sanitarnej?

Jest to dokładnie ten sam mechanizm co w Azji i wszędzie indziej. Najpierw jest ognisko w postaci jednego człowieka, który zazwyczaj jest nosicielem wirusa, ale nie choruje. Wirus jest wydzielany w fazie, kiedy pacjent zero nie jest jeszcze chory. W związku z tym nosiciel w nieświadomości styka się z innymi osobami, dając wirusowi szansę znalezienia nowego gospodarza. Gdyby takiej szansy nie miał, nie mogłaby powstać epidemia. Jest to okres, kiedy wirus jest już w drogach oddechowych. Z początku pojawia się w jednej komórce, potem namnaża i zakaża następne komórki. Są to wirusy cytopatyczne, których namnożenie powoduje, że w ostateczności zakażone komórki giną. Na szczęście nasz układ immunologiczny niszczy takie komórki, które produkują obcy antygen. Te wirusy, które mają duży potencjał zakażenia, namnażają się bardzo szybko i w dużych ilościach, głównie ze względu na to, że muszą być produkowane w nadmiarze. Inaczej nie miałyby szansy przetrwać i trafić na następną ofiarę. Na początku ta ilość wirusa znajdującego się w gospodarzu jest stosunkowo nieduża. Dopiero w pewnym momencie staje się większa. I wtedy właśnie, kiedy tych komórek jest niszczonych coraz więcej, pojawiają się pierwsze objawy chorobowe – przede wszystkim gorączka, która jest zresztą bardzo pozytywnym sygnałem.

Zatem, kiedy pojawia się gorączka, nie powinniśmy jej na siłę zbijać?

Wszystkie opinie panujące w naszym społeczeństwie o konieczności schładzania gorączki są bez sensu. Podwyższanie temperatury ciała jest przejawem działania cytokin, głównie w tym celu, żeby inne cytokiny zadziałały.

Schładzanie gorączki należy rozpocząć, dopiero kiedy temperatura ciała zbliża się do szkodliwych 40 st. C. Pamiętajmy, że gorączka to zdrowy objaw działania układu immunologicznego, który musi samodzielnie doprowadzić do usunięcia komórek zarażonych.

W przypadku koronawirusa 2019-nCoV choroba nie kończy się jedynie na gorączce. Czasami występuje także silna niewydolność oddechowa, które może się skończyć śmiercią.

Jeżeli celem tego wirusa są komórki szeroko pojętego układu oddechowego, wtedy pojawiają się objawy kliniczne – kaszel, katar, wydzielina nosowa, w skrajnych wypadkach zapalenie płuc śródmiąższowych. Jest to wynikiem zalewania płuc przez wydzielinę, która stanowi przecież jeden z mechanizmów obrony. Dlatego katar jest bardzo dobrą rzeczą, ponieważ powoduje wyrzucenie patogenów i zniszczonych komórek z organizmu, a nie dostawanie się ich do płuc. Stąd też uważam, że branie leków powstrzymujących katar lub kaszel jest oczywistym szkodzeniem samemu sobie. Zarówno kaszel, jak i katar są czynnikiem pożytecznym. Przyjmowanie takich środków powstrzymujących wytwarzanie wydzielin jest próbą leczenia objawów, a to jest zwyczajnie szkodliwe. Znacznie lepsze są stare domowe metody wspomagania organizmu – picie mleka z miodem lub po prostu wody, która powoduje rozrzedzanie się wydzieliny, a tym samym ułatwianie jej usuwania. Poza tym doradzam przebywanie w pokojach wietrzonych, co powoduje, że krew pacjenta odpowiednio się natlenia.

Jak zatem należy postępować w przypadku takiej infekcji?

Odpowiedź jest bardzo prosta. Należy, tak jak dawniej mówiono, wyleżeć, wysiedzieć i dużo pić wody lub płynów ułatwiających wykrztuszanie wydzielin.

Czy także w przypadku zakażenia koronawirusem 2019-nCoV?

Tak samo jak w przypadku każdego wirusa. Pod tym względem koronawirus 2019-nCoV nie różni się niczym od wszystkich innych wirusów, które powodują infekcje dróg oddechowych. A warto podkreślić, że jest ich kilkaset. Co roku każde z nas przechodzi kilka takich infekcji. Często są one mało zauważalne, objawiają się co najwyżej katarem, a czasem jedynie zmęczeniem. Jeżeli mamy sprawnie działający układ immunologiczny, to sobie świetnie z nimi radzimy.

Jak to wygląda wśród różnych grup wiekowych?

Zazwyczaj gorzej takie infekcje przechodzą dzieci, a to ze względu na prosty fakt, że taki układ immunologiczny musi się wyćwiczyć, zanim dojdzie do doskonałości w zwalczaniu chorobotwórczych patogenów. Proszę zatem zwrócić uwagę, że jeżeli dziecko idzie do żłobka, przedszkola lub szkoły pierwszy raz, to zazwyczaj przez pierwszy rok ciągle na coś choruje, ponieważ styka się z licznymi patogenami.

Układ immunologiczny musi sobie wytrenować swoiste mechanizmy obronne. Bez tego dawno byśmy jako gatunek zginęli. W kontakcie z wirusem włącza się najpierw obrona immunologiczna nieswoista, za którą są odpowiedzialne czynniki komórkowe, a dopiero później jest obrona swoista oparta na zdolności rozpoznawania antygenów przez nasze przeciwciała. Często ta odpowiedź nieswoista wystarcza, aby pokonać agresora. I w przypadku koronawirusa 2019-nCoV część ludzi albo nie choruje w ogóle, albo choruje łagodnie. Te osoby nie szukają opieki medycznej, a więc nie są też uwzględniane w oficjalnych statystykach zachorowań.

Wiele osób, które w ostatnich dniach wróciły z Włoch, kieruje swoje pierwsze kroki do lekarzy i szpitali. Te osoby domagają się przeprowadzenia testów na obecność koronawirusa 2019-nCoV w ich organizmach. Czy postępują słusznie?

To nie ma żadnego sensu. Powiem przewrotnie, że jeżeli ktoś się zetknął się z tym wirusem i nie zachorował, to oznacza, że jego układ immunologiczny po prostu zwalczył tego wirusa. Dopiero kiedy zachoruje, to znaczy, że naprawdę wymaga naszej interwencji. Dlatego dopiero kiedy wystąpią jasno określone objawy kliniczne, należy się udać do oddziału zakaźnego. Proszę pamiętać, że my nie leczymy wirusa, tylko chorego. Sam fakt, że ktoś jest nosicielem wirusa, nie oznacza, że będzie chory. I tak zapewne będzie w znakomitej większości przypadków.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA