fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Koronawirus SARS-CoV-2

Czy nowy koronawirus może mutować?

AFP
Szukając metod leczenia, naukowcy zaczęli porównywać mechanizmy adaptacyjne 2019-nCoV oraz grypy hiszpanki.

Identyfikacja czynników sprzyjających rozwojowi choroby pozwala na szybsze wyodrębnienie grup wyższego ryzyka. I nie chodzi jedynie o osoby starsze, których odporność słabnie z wiekiem. Coraz większy niepokój budzi pytanie, dlaczego objawy chorobowe po infekcji koronawirusem 2019-nCoV znacznie częściej występują u mężczyzn niż u kobiet. Czy ich układ immunologiczny szybciej wytwarza odpowiednie antyciała?

Niektórzy lekarze uważają, że ciężka niewydolność oddechowa występuje najczęściej u mężczyzn, którzy są nałogowymi palaczami. Istnieje wyraźna korelacja między paleniem a wysokim prawdopodobieństwem zachorowania.

Mężczyźni – słabsza płeć

Chińskie Centrum Kontroli i Zapobiegania Chorobom opublikowało największą jak dotąd analizę przypadków koronawirusa. Mimo że mężczyźni i kobiety zostali zarażeni w mniej więcej równej liczbie, śmiertelność wśród mężczyzn wyniosła 2,8 proc. w porównaniu z 1,7 proc. wśród kobiet.

Dzieje się tak nie po raz pierwszy. Mężczyźni byli również znacznie bardziej narażeni na śmierć podczas epidemii SARS i MERS – chorób układu oddechowego spowodowanych przez inne rodzaje koronawirusów. Badania opublikowane w „Annals of Internal Medicine” wskazują, że w 2003 r. w Hongkongu więcej kobiet było zainfekowanych wirusem SARS, a mimo to śmiertelność mężczyzn była o 50 proc. wyższa.

Przeczytaj także: W Moskwie tropią Chińczyków. „Nie chodzi o dyskryminację”

Podobne rezultaty przyniosła epidemia MERS na Bliskim Wschodzie. Zmarło aż 32 proc. chorych mężczyzn w porównaniu z 25,8 proc. kobiet. Paradoksalnie umierali głównie młodzi mężczyźni, u których nie występowały żadne inne schorzenia obciążające układ immunologiczny.

Podobne zjawisko zaobserwowano podczas największej pandemii grypy, która przetoczyła się przez cztery kontynenty w latach 1918–1919. Pacjentem zero grypy typu H1N1 nazwanej hiszpanką był szeregowy Albert Gitchell, który na co dzień pracował jako kucharz w kantynie. Miał dreszcze, bóle i gorączkę sięgającą 39,5°C. 11 marca 1918 r. zgłosił się do lekarza wojskowego w Forcie Riley w stanie Kansas z objawami przypominającymi przeziębienie. Kilka godzin później było już 107 chorych. Wkrótce Fort Riley zamienił się w prawdziwy lazaret. Na przełomie marca i kwietnia zanotowano 1127 przypadków grypy i stwierdzono 46 zgonów.

Wysoka odporność bywa szkodliwa

W większości przypadków na hiszpankę umierali młodzi, zdrowi i silni żołnierze. Rodzi się pytanie: dlaczego zarażone pielęgniarki przechodziły chorobę znacznie łagodniej?

Częściową odpowiedź dają wyniki badań laboratoryjnych wirusologa prof. Yoshihiry Kawaoki ze Szkoły Weterynarii Uniwersytetu Wisconsin-Madison w USA. Po doświadczeniach na makakach uczony doszedł do wniosku, że ofiary grypy zabił ich własny, mocny system immunologiczny.

Atak limfocytów typu T oraz makrofagów na zainfekowane komórki w płucach pobudzał cytokiny do walki z infekcją. W niektórych przypadkach powodowało to samonapędzającą się „burzę cytokin”, która prowadziła do niekorzystnego sprzężenia zwrotnego. Paradoksalnie więc silny system immunologiczny wcale nie walczył z wirusem, ale autoagresywnie atakował własny organizm, wywołując krwiotoczne, bakteryjne i w rezultacie śmiertelne zapalenie płuc. W ten sposób mogło się zarazić nawet 500 milionów ludzi.

Infekcja wtórna

Niektóre badania wskazują, że w przypadku hiszpanki błędem mogło być także izolowanie dużych grup chorych. Na jesieni 1918 roku przeprowadzono w Bostonie i San Francisco sztuczną próbę zarażenia ochotników wirusem. Pomimo wielu starań nie zainfekowała się żadna osoba. To wskazywało, że czynnikiem warunkującym pandemię były ciężkie frontowe warunki wojenne, niedożywienie wojska oraz – co wydaje się szczególnie ważne – stłoczenie wielkiej liczby młodych mężczyzn na bardzo małej przestrzeni.

Grypa hiszpanka sama w sobie wcale nie musiała być zatem aż tak zaraźliwa, jak przypuszczano. Warto to doświadczenie wziąć pod uwagę, tworząc obszary objęte kwarantanną epidemiologiczną.

Jej wprowadzenie ma sens pod warunkiem, że raz przebyta choroba gwarantuje wytworzenie odpowiedniej ilości antyciał i zbudowanie pamięci immunologicznej. Jednak w przypadku koronawirusa 2019-nCoV nie jest to takie oczywiste. Pojawiły się bowiem niepokojące sygnały, że raz przebyta choroba nie wyklucza ponownego zakażenia. Lekarzy zaniepokoiła informacja o chińskim pacjencie, którego organizm zwalczył patogen, a dziewięć dni po wyleczeniu ponownie się zaraził.

Gdyby się okazało, że może dochodzić do wtórnych infekcji, wówczas należałoby sprawdzić, czy koronawirus 2019-nCoV nie mutuje tak jak ortomyksowirusy grypy. Takie przeobrażanie się znacznie utrudniłoby stworzenie skutecznej szczepionki.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA